Kazania
         Adoracje
         I Komunia
         Poezja

         Cytaty

         O mnie
         Kontakt

"Deum et animam scire cupio. Nihilne plus? Nihil omnino". -  "Boga chcę poznać i duszę. Czy nic więcej? Absolutnie nic więcej" (Św. Augustyn)

   
 
 
 
 
 
 
 
 
***

"Bądźcie gotowi"

„... i wy bądźcie gotowi...” Umiłowani w Chrystusie Br. i Siostry!

W całej Polsce na wielkich centrach handlowych i multikinach, ze względów czysto komercyjnych, już się pokazały. Za kilka dni także na naszych ulicach, w witrynach sklepowych i zakładach pracy zaczną pojawiać się różnego rodzaju dekoracje związane z obchodami Świąt Bożego Narodzenia. Nasze zmysły poznawcze zaczną atakować nadmierne ilości kolorowych, migających światełek, kuszące pięknym wyglądem szopki betlejemskie; uginające się pod ciężarem ozdób śliczne, świecące choinki, czy też nieśmiało jeszcze brzmiące gdzieś tam w oddali znane i tradycyjne kolędy. Wszystko to może sprawić, że nasz świat, nasze otoczenie, zacznie przypominać niby wesołe miasteczko, w którym nic nam nie grozi, gdzie wszystko jest bajeczne i kolorowe. Spowoduje jednocześnie to, iż zapomnimy o głównym znaczeniu okresu Adwentu, który to w dzisiejszą niedzielę rozpoczynamy. Rozpoczynamy jednocześnie nowy rok kościelny. {W liturgii cyklicznie przywołujemy zbawcze wydarzenia, aby każdy z nas mógł z nimi się spotkać, celebrować je, nimi się cieszyć i się uświęcić. Czas w liturgii jest bowiem czasem cyklicznym, powracającym [znany przez starożytnych greków, którego symbolem jest klepsydra] i jednocześnie czasem liniowym, [bliski postaciom Starego Testamentu, którego przedstawieniem geometrycznym jest strzałka skierowana w przyszłość]. Dzięki temu czas w liturgii nieustannie powracając prowadzi nas naprzód, bo na zasadzie spirali wspina się do nieba.} Dziś rozpoczynamy czas  Adwentu, w którym mamy się przygotować do uczczenia pierwszego przyjścia Chrystusa między ludzi, by je uobecnić, przywołać i je celebrować, a przez to dobrze przygotować się do powtórnego Jego przyjścia w majestacie i chwale. Przyjścia, którego daty nikt na ziemi, ani w niebie - oprócz Boga - nie zna.

Drodzy Bracia i Siostry! „... i wy bądźcie gotowi...”„Czuwajcie

Słowa te są jakby uderzeniem jasnego gronu w nasze sumienia, są głosem który woła do każdego z nas: „obudź się!, zatrzymaj, wejdź w siebie! Zastanów się nad własnym życiem! Może już najwyższy czas abyś zmienił w nim coś na lepsze! Zbytnia troska o sprawy tego świata sprawia, że obiektywne dobro, wartości wyższe schodzą u nas często na drugi plan. Może niejeden z „nas tłumaczy sobie: jak będę miał kiedyś więcej czasu to wtedy „nadrobię" mój wysiłek o życie wieczne, pogłębię moją więź z Bogiem, więcej czasu poświęcę mojej rodzinie, dzieciom, przyjaciołom. I tak wciąż na nowo staramy się usprawiedliwiać odkładając ważniejsze sprawy na później. Jesteśmy w tym podobni do słynącego z odwagi, starożytnego dowódcy Spartan, Archiasza. Kiedy  bowiem po zwycięskiej walce urządzono ucztę na cześć Archiasza, kiedy rozpoczęły się tańce, zabawy i swawole i kiedy podano już wiele posiłków i napoi, to w tym właśnie czasie przybył posłaniec z Aten z listem od przyjaciela z gorącą prośbą, aby Archiasz natychmiast go przeczytał. Spatrianin spojrzał na posłańca z ironicznym uśmiechem, odłożył list i rzekł: „poważniejsze sprawy niech poczekają na jutro". Jutrzejszego dnia już niestety nie dożył. Został zamordowany jeszcze na tej uczcie. A w liście było napisane: „Archiaszu! Błagam Cię abyś natychmiast opuścił dom, w którym czeka na Ciebie sztylet skrytobójców". Czy my podobnie jak Archiasz nie odkładamy ważniejszych spraw - tych nadprzyrodzonych - na później? A co się z nami stanie jeżeli Bóg niespodziewanie powoła nas do Siebie, kończąc tym samym nasze ziemskie pielgrzymowanie?. Czym będziemy tłumaczyć nasze złe postępowanie, nasze ciągłe odkładanie spraw i troski o nasze zbawienie?

 „... i wy bądźcie gotowi...” „Czuwajcie”

Taką radę daje nam dziś Chrystus i ilustruje ją przykładem właściciela domu, który niczego się nie spodziewając, zostaje zaskoczony przez złodziei. Wzywa nas tym samym, wzywa ciebie i mnie - drogi bracie i droga siostro -: „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy Syn Człowieczy przyjdzie". Słysząc dziś to wezwanie Chrystusa zadajmy sobie jedno pytanie: czy ja byłbym dziś godzien zakończyć życie, spotkać się z Boga i wejść na Jego ucztę, ucztę wiecznej miłości i wiecznego pokoju w niebie? Czy jakieś nieuporządkowanie, jakiś grzech ciężki nie oddziela mnie od po trzykroć świętego Boga? I to pytanie zadajmy sobie często biorąc odpowiedzialność za nasze życie wieczne i wieczne zbawienie. Bo na tym polega postawa czujności, do której wzywa nas dziś Chrystus.

Drodzy Br. i Siostry! Czas Adwentu to czas zastanowienia się nad stylem naszego życia, czas który nas przestrzega przed beztroskim życiem, w którym sprawy doczesne, życiowe są ważniejsze od naszego zbawienia. Gdyby tak miało być życie na ziemi byłoby niepełne, nie różniłoby się od życia innych stworzeń, które nie żyją dla wieczności, bo nie maja duszy. Dlatego szczególnie w tym okresie Adwent powinniśmy nauczyć się wyważać proporcje pomiędzy tym co doczesne a tym co wieczne; pomiędzy tym co przemijające a nieprzemijające i zawsze stawiać najpierw na to co wieczne, nadprzyrodzone. Powinniśmy, w myśl św. Pawła „odrzucić uczynki ciemności i przyoblec się w zbroję światła. Żyć przyzwoicie jak w jasny dzień......! Mamy przyoblec się w Pana Jezusa Chrystusa, nie troszcząc się zbytnio o ciało, dogadzając rządzom „... i wy bądźcie gotowi...” 

  A zatem,  Drodzy  Br. i Siostry! „... i wy bądźcie gotowi... Czuwajcie...”

Do góry

***

RokA - 4 Niedz. Adwentu (Iz 7, 10-14; Rz l, 1-7; Mt l, 18-24)

Nie ustawajmy w drodze

Bracia i Siostry. Ewangelia dzisiejsza swą tematyką przybliża nas do tajemnicy Bożego Narodzenia. Zawiera lapidarnie, (wyraziście i treściwie) opisaną historię chwalebnych zaślubin Maryi ze św. Józefem. Dowiadujemy się z niej o cudownej brzemienności Bogarodzicy, a także o obawach Oblubieńca – św. Józefa, człowieka prawego, który przyjęciem pod swój dach młodziutkiej Dziewicy nie chciał narazić Jej na zniesławienie.

Nad troskami tymi czuwała Boża Opatrzność. Dzięki specjalnemu objawieniu kochający się małżonkowie zamieszkali razem. "A stało się to wszystko -jak wyjaśnia Ewangelista - aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami" (Mt 1, 22-23). Natchniony autor opisał cały dramat za pomocą słów pochodzących z Księgi Izajasza, wiedząc, że właśnie w tamtych czasach doszło do pełnej ich realizacji.

Kościół św. nawiązuje dziś do tej samej starotestamentalnej perykopy i w obecności wiernych wypowiada słowa skierowane niegdyś do króla Achaza i całego Narodu Wybranego: "Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel" (7, 13-14).

Bracia i Siostry. Nauka zawarta w dzisiejszej Ewangelii ma wymiar wyjątkowy. Dowiadujemy się z niej o realizacji szczytnych planów zbawczych z udziałem określonej grupy ludzi specjalnie wybranych. W tej przedziwnej ekonomii potrzebna była Najświętsza Dziewica, już w łonie matki zachowana od wszelkiej zmazy grzechowej, potrzebni byli prorocy i nauczyciele wiary - heroldowie dobrej nowiny o zbawieniu. Osobna rola przewidziana została dla patrona Adwentu, św. Jana Chrzciciela - "Głosu wołającego na pustyni" o którym czytaliśmy w liturgii ubiegłego tygodnia. Konieczny był również wspaniały człowiek o niezwykłej wprost świętości, ubogi cieśla z Nazaretu, by objąć pieczę nad Matką i nad mającym się narodzić Dziecięciem. Dobitnie wyjaśnia te sprawy św. Paweł w swym Liście do Rzymian, gdy mówi o Synu Boga "pochodzącym według ciała z rodu Dawida, a ustanowionym według Ducha Świętości przez powstanie z martwych" (l, 3-4).

Realizacja planów Bożych nie skończyła się na Bożym Narodzeniu, na publicznej działalności Jezusa, Męce, Śmierci i poranku Zmartwychwstania. W procesie tym istotną rolę mieli do odegrania także uczniowie. To właśnie oni - jak usłyszeliśmy przed chwilą w drugim czytaniu - od samego Mistrza otrzymali "łaskę i urząd apostolski, aby [...] pozyskiwać wszystkich pogan dla posłuszeństwa wierze" (1, 5). Św. Paweł, gdy wspomina, że jest sługą Chrystusa Jezusa, z powołania apostołem przeznaczonym do "głoszenia Ewangelii Bożej, którą Bóg przedtem zapowiedział przez swoich proroków w Pismach świętych" (1, 1-2), sam siebie widzi w tym gronie.

Ale Bracia i Siostry. Misja pierwszych uczniów wcale nie została zakończona. Ona jedynie dała początek wielkiemu dziełu, które następnie mieli podjąć i rozwijać ustanowieni mocą Bożą biskupi i kapłani, a także wierni żyjący w różnych epokach. "Wśród nich -mówi św. Paweł -jesteście i wy powołani przez Jezusa Chrystusa. Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie: łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa" (l, 6-7).

Ta wspaniała nauka, przywołująca daleką przeszłość, wiedzie ku teraźniejszości i wprowadza w przyszłość. Przypominamy ją dziś nie bez głębokiego uzasadnienia. Okazuje się, że to właśnie nas również dotyczą słowa Pawłowego wezwania. Czyż my nie zostaliśmy przez Boga umiłowani i powołani do świętości? Czy nam również nie została dana łaska i urząd apostolski, aby ku Bożej chwale "pozyskiwać wszystkich [...] dla posłuszeństwa wierze" (1, 5). Wprawdzie nie wymaga się od nas przepowiadania Ewangelii wśród pogan, w ewangelicznym wezwaniu ważne jest jednak już samo dostrzeżenie potrzeby apostołowania. Misja ta wcale nie polega na wyłącznie werbalnym przekazywaniu prawdy, apostoł bowiem jest przede wszystkim człowiekiem dającym świadectwo żywej wiary.

W opublikowanej niedawno książce Vittorio Messori'ego Czarne karty Kościoła, wśród prawdziwie bolesnych problemów naszej współczesności, omawiane jest zjawisko tzw. autoeutanazji. Polega ono na niczym nieuzasadnionej samokrytyce Kościoła wobec rozmaitych zarzutów. Tak zwana pokora powstrzymywała i ciągle powstrzymuje wielu znawców historii przed powiedzeniem całej prawdy o przeszłości, aby czasami ktoś nie poczuł się nią urażony. Z tego powodu do dziś ludzie karmieni są wiadomościami na temat rzekomo krwiożerczej i zaborczej inkwizycji, bez przeszkód urabiana jest - pozbawiona głębszego uzasadnienia - opinia na temat ciemnoty średniowiecza, a młodzi ludzie dowiadują się, jak to misjonarze katoliccy mieli przyczyniać się do niszczenia Indian zamieszkujących tereny dzisiejszej Ameryki Południowej. Nie odpiera się niesłusznych oskarżeń, w których polskim katolikom przypisywane jest wznoszenie na ich własnej ziemi obozów koncentracyjnych i obarcza się ich odpowiedzialnością za wymordowanie kilku milionów Żydów. Bezkrytycznie przyjmowane są wieści o księżach "wtrącających się do polityki", o polskiej nietolerancji, ksenofobii i antysemityzmie. Niewiele brakuje, byśmy cały świat musieli przepraszać za łagry sowieckie, za drugą wojnę światową i za ubiegłoroczne powodzie. Jakiż to dziwny i niepokojący proces milczenia wobec nieprawdy i półprawdy, natrafiający na bierność ludzi Kościoła wezwanych do dawania świadectwa prawdzie.

My także jesteśmy narzędziami Opatrzności. Bóg nas potrzebuje, podobnie jak potrzebował Maryi, Józefa i Apostołów. My także obok biskupów, kapłanów i zakonników, jesteśmy umiłowani przez Jezusa Chrystusa (por. Rz l, 6-7). Konieczne jest, byśmy rzetelnie apostołowali. W trosce o prawdę w bliskim nam otoczeniu, pośród ludzi jeszcze zdolnych do poszanowania autorytetów, w miejscach pracy, na ulicy, wszędzie, trzeba nam być orędownikami haseł niepopularnych, odrzucanych przez ludzi walczących z Bogiem, kontrowersyjnych z punktu widzenia potrzeb dzisiejszego zmaterializowanego świata. Orędownictwo to jest jak głos wołający na pustyni, jak kij wkładany w mrowisko, jak znak budzący sprzeciw, demaskujący upadek i powstanie wielu (por. Łk 2, 34-35). Bardziej niż kiedykolwiek wydaje się dziś konieczne owo "pozyskiwanie" dla "posłuszeństwa wierze" (por. Rz l, 5). Jest to zadanie o wiele trudniejsze od wygłaszania płomiennych kazań z wysokości ambony czy przepowiadania słowa pośród ludzi w ogóle nie znających Ewangelii.

Przeto nie ustawajmy w drodze. Niech przykładem dążenia ku prawdzie i odpowiedzialności za nią będzie Bogarodzica i św. Józef zawsze posłuszny Bożemu wezwaniu, a także niestrudzeni Apostołowie i święci Kościoła. Oto Dziewica poczęła i porodziła Syna, Emmanuela. A zatem Bóg jest z nami. Idźmy świadczyć o tym wobec naszych współbraci i współsióstr w wierze dając świadectwo.

Do góry

***

4 n Adw r. A KOCHAĆ I NAŚLADOWAĆ JEZUSA Do Młodzieży

Wstęp

Ostatnia niedziela adwentu - w tym roku tak się składa, że przypada ona w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia - stawia nas wobec postaci Chrystusa, wobec której nie można przejść obojętnie. Z pewnością można wymienić wiele postaci, wobec których nie przechodzi się obojętnie. Warto temu się przyjrzeć.

l. Mieć kogoś wielkiego

Bracia i Siostry! Każdy człowiek, zwłaszcza w okresie młodości, ma jakąś swoją ulubioną postać, człowieka wybitnego w jakiejś dziedzinie - piosenkarza, aktora, sportowca. Jeżeli ma się kogoś takiego, to nieuniknione jest dążenie do poznania go, do poznania historii jego życia, jego osiągnięć, sukcesów, życia prywatnego. Staje się nam kimś bliskim. Świadomie albo nieświadomie zaczynamy go naśladować - na ile jest to oczywiście możliwe. W ten sposób staje się on dla nas swoistym przewodnikiem. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę, że dla wielu takich idoli zdobycie wielbicieli i naśladowców to bardzo konkretny interes - bo wtedy lepiej sprzedają się jego pyty, więcej ludzi chodzi na jego filmy, zdobywa sławę, a przez to jego notowania na rynku idą w górę, wielkie koncerny licytują się w kolejce do reklamowania się za pomocą jego fotosów. Nie można też pominąć jeszcze gorszego zjawiska, że niektórzy z idoli wykorzystując to swoje oddziaływanie na innych, przemycają i propagują postawy, zachowania czy wręcz ideologie dalekie od zasługujących na pochwałę.

A więc to powszechne zjawisko poznawania, kochania i naśladowania wielkich ludzi, tak bliskie ludzkiemu sercu, będące wyrazem wpisanych w nas duchowych potrzeb, może mieć wiele postaci.

11. Poznać Chrystusa

Umiłowani! My dzisiaj, na progu świąt Bożego Narodzenia, stajemy wobec przychodzącego Jezusa. Przed chwilą wysłuchaliśmy fragmentów Pisma św., które kierują naszą myśl właśnie ku Niemu. Oto w pierwszym czytaniu prorok Izajasz - kilkaset lat przed narodzeniem Chrystusa - mówi o mającym się narodzić potomku Dawida, który nazwany będzie Emmanuel - to znaczy Bóg z nami. Trzeba pamiętać, że imię jakie nosił człowiek w Izraelu miało wielkie znaczenie, nie było jak dziś wyrazem mody czy naśladownictwa, ale oznaczało jego życiową rolę, jego pozycję w społeczeństwie. Jeżeli więc mający się narodzić nosi imię Emmanuel, to znaczy, że dzięki Niemu, w Nim i przez Niego, Bóg w jakiś szczególny sposób jest z nami. Dla nas jest jasne, że właśnie w Jezusie spełniły się te zapowiedzi. To w Nim i przez Niego Bóg jest z nami, a my z Bogiem.

W drugim czytaniu św. Paweł stawia nas wobec Jezusa jako zapowiadanego wcześniej Mesjasza, Syna Bożego i Zbawiciela człowieka wzywając jednocześnie każdego z nas, abyśmy „przyjąwszy łaskę pozyskiwali innych do posłuszeństwa wiary”. I wreszcie dzisiejsza Ewangelia powraca do zapowiedzi prorockich mówiąc, że Ten, który ma się narodzić z Maryi jest właśnie Emmanuelem - jest Bogiem i to Bogiem z nami w pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ stając się człowiekiem wszedł w historię ludzkości i w historię życia każdego człowieka.

Bracia i Siostry! To wszystko pozwala nam poznać Jezusa jako Boga i naszego Pana. Takim - uprzedzająco - poznał Go Izajasz. Takim poznał Go św. Józef. Takim poznał Go św. Paweł. Używając tu słowa „poznał" musimy pamiętać, że ma ono szczególne znaczenie. Bowiem w języku biblijnym „poznać", to znaczy zjednoczyć się z kimś drugim, być z nim w najpełniejszej wspólnocie. Zwróćmy uwagę, że poznanie Jezusa przez którąkolwiek z postaci biblijnych odcisnęło się głębokim piętnem na ich życiu, sposobie myślenia, przeżywania Boga, świata, drugiego człowieka. Poznanie Jezusa nie jest poznaniem nowego sąsiada na klatce schodowej, nie jest poznaniem nowego kolegi w szkole. To jest coś zupełnie innego, to jest coś niezwykle znaczącego.

III. Kochać Jezusa i naśladować Go

Poznać Jezusa to znaczy pokochać Go. Jutro zaśpiewamy „słodkie" kolędy do maleńkiego Jezusa. Jakże wielki ładunek uczuć jest w nich zawarty. Ale chyba na tym nie możemy skończyć. Poznając Jezusa poznajemy Go jako kogoś, kto do końca nas umiłował. Poznajemy Go jako tego, który wymaga odpowiedzi, jako tego, wobec którego nie można przejść obojętnie. Cokolwiek zrobimy z Jego osobą w naszym życiu, to będzie zawsze bardzo poważną odpowiedzią na Jego przyjście i Jego miłość do nas -odpowiedzią pełną miłości, albo też niestety - obojętności czy wręcz nienawiści.

Kochać Jezusa - co to właściwie znaczy? Kochać Jezusa - czy nie brzmi to zbyt sentymentalnie? Z pewnością nie chodzi o sentymenty. Przed chwilą zwróciliśmy uwagę na poznanie Jezusa. Poznanie w pełnym tego słowa znaczeniu - czyli poznanie Jego życia i nauki, ale i poznanie w sensie bycia z Nim, jedności z Nim. A być z kimś, jednoczyć się z kimś to nic innego, jak go po prostu kochać. W ten sposób poznać i kochać Jezusa stają się pojęciami bliskimi sobie, niemal tożsamymi.

Kiedy jednak idziemy dalej tą drogą analizy stów „poznać" i „kochać", to trzeba nam sobie uświadomić, że bycie z kimś w jedności, kochanie kogoś owocuje w naszym życiu bardzo konkretnie. Owocuje przyjmowaniem od niego pewnych wartości i zasad, którymi on się kieruje, to upodobnienie się do niego w sposobie jego bycia.

W ten sposób dochodzimy do ostatniego, bardzo praktycznego wniosku: poznać i kochać Jezusa oznacza także naśladować Go. Naśladować Go w Jego miłości człowieka, w Jego gotowości do ofiary, w Jego przebaczeniu, w Jego bezkompromisowym poszanowaniu prawdy, w Jego nieugiętym oporze wobec zła i ludzkiej podłości. Jeżeli tak pojmuje się słowo „kocham", to na pewno nie jest to sentyment polskiej kolędy, ale to bardzo poważna, konsekwentna, jasno określona życiowa postawa, dla przyjęcia której siłę i wytrwałość daje nam właśnie Jezus. To On przychodząc do nas wzywa nas i uzdalnia.

Jan Paweł II w liście apostolskim na zakończenie Wielkiego Jubileuszu przypomniał słowa Zbawiciela: „Wypłyń na głębię". Piotr -wbrew ludzkiej kalkulacji -wypłynął i nie zawiódł się. Wypłynąć na głębię ludzkiego życia i historii świata - to czasem może przerażać. Ale my wierzymy, że z Tym, którego kochamy i z Tym, który jest nam źródłem mocy i wzorem życia podołamy naszym niełatwym zadaniom, a z pewnością na Nim się nie zawiedziemy - bo On jest Emmanuelem - Bogiem z nami.

Do góry

***

2 niedz. zw. r A - Ekumenizm - Tarnowiec, 20 I 2002r

I. Modlitwy o jedność

Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Ostatnie zdanie z dzisiejszej Ewangelii, to słowa wypowiedziane przez św. Jana Chrzciciela o Jezusie. Słowa, które są świadectwem.

On daje świadectwo o Tym, który miał przyjść. Podobnie nasza wspólnota, dając świadectwo o Mistrzu z Nazaretu, gromadzi się wokół stołu słowa Bożego i Eucharystii, aby w niedzielę przypadającą w Tygodniu Ekumenicznym, prosić Pana Boga o dar jedności.

Dzisiaj, jak podczas każdej Eucharystii, zabrzmią w naszych uszach słowa modlitwy poprzedzającej przekazanie sobie znaku pokoju; słowa modlitwy o jedność i pokój: „Prosimy Cię [Panie], nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą, napełniaj go pokojem i doprowadź do pełnej jedności..." W rozpoczętym przez nas Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan słowa te brzmią szczególnie dobitnie.

II. Jedność świadectwem wiary i miłości

Patrząc na Kościół o poranku trzeciego tysiąclecia dostrzegamy, iż na drodze ku pojednaniu „wierzących w Tego samego, lecz wierzących inaczej", dokonano już bardzo wiele. Dialog ekumeniczny na wielu poziomach jest w pełnym toku i przynosi wiele konkretnych owoców. Podejmowane są wciąż nowe formy współpracy. Pracują wspólnie liczne komisje teologiczne. „Ktoś, kto śledzi te sprawy z bliska, nie może nie odczuć tutaj jakiegoś wyraźnego powiewu Ducha Świętego. Nikt jednak nie ma złudzeń, że droga ku zjednoczeniu jest długa i nie brak na niej przeszkód" -zauważa w rozmowie z Victorio Messorim Ojciec św. Jednak, jak dobitnie to również podkreśla: Z drogi ekumenizmu nie ma odwrotu. Wierni modlitwie Chrystusa: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał" (J 17,21), nie możemy zadowalać się obecnym stanem rzeczy. Chrystusowe wezwanie ut unum sint powinno być dla nas zobowiązującym poleceniem i jednocześnie siłą, która nas wspomaga, oraz zbawiennym napomnieniem pomagającym przezwyciężać nasze lenistwo i ciasnotę serca.

III. Wezwani do jedności

Ojciec św. przypomina w encyklice o działalności ekumenicznej: „Jeśli chrześcijanie, pomimo podziałów będą umieli jednoczyć się coraz bardziej we wspólnej modlitwie wokół Chrystusa, głębiej sobie uświadomią, o ile mniejsze jest to wszystko, co ich dzieli, w porównaniu z tym, co ich łączy" (Ut unum sint, 22). Wspólna modlitwa daje nowe widzenie Kościoła i chrześcijaństwa, służy posłannictwu chrześcijańskiemu i jego wiarygodności, odsłania na nowo podstawowy wymiar braterstwa w Chrystusie, który umarł, ażeby zgromadzić w jedno rozproszone dzieci Boże. Z modlitwy także rodzi się przemiana serca, nieodzowny warunek szczerego poszukiwania jedności.

Jeden jest Ojciec nasz w niebie, jeden jest Chrystus, jedno jest Jego posłanie do ludzi i jeden jest Jego Kościół. I to wiedzą wszyscy chrześcijanie, chociaż są na różne sposoby podzieleni. Dlatego też tak trzeba tej nieustannej modlitwy o zjednoczenie. Dlatego tak potrzeba faktów potwierdzających chęć prawdziwego zjednoczenia. Dlatego tak potrzeba czynów miłości. Tak potrzeba prawdziwego świadectwa w życiu każdego chrześcijanina na drodze ku jedności.

Boga na śmierć

skazano

już dawno -

Mechanizmy okrutnej machiny

zła

pracują bezprzestannie...

za wszelką cenę

nawet po trupach

do celu:

uśmiercić Boga...

On jednak żyje

i wciąż zmartwychwstaje

Nieśmiertelny –

Bogobójcy współcześni

bezradni

jak oni przy grobie ongiś:

strażnicy śmierci

Ukrzyżowanego

patrzą zdumieni...

Czy też pójdą

sprzedajni –

mówić nieprawdę?

On jest wciąż

Znakiem

na powstanie

i na upadek

wielu...

Przy okazji Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan zastanówmy się nad naszym dążeniem do pierwotnej wspólnoty.

Ojcze, proszę, aby wszyscy stanowili jedno. Chrystus w modlitwie do Ojca, prosi o jedność. Ktoś powie: to mrzonki, marzenia, ideały, których nigdy nie osiągniemy. Nigdy ludzie nie staną się jednym. Wśród tylu różnych poglądów, zdań, twierdzeń - nie można mówić o jednomyślności, jedności, wspólnocie. To przegrana sprawa. Nie warto się trudzić. Przecież chrześcijanie są podzieleni, nie potrafią się porozumieć, dogadać, skupić wokół swego Mistrza.

IV. Słowo, świadectwo, miłość

A jednak myślę, że powinniśmy spróbować. Chrystus wskazuje nam drogę. Trudną, niebezpieczną, krętą, ale możliwą. Gdyby wejść głębiej w słowa modlitwy Chrystusa, którą zanosi do Ojca, można by odnaleźć co najmniej trzy elementy tworzące jedność. Jakie to elementy?

Pierwszy to słowo. Proszę za tymi, którzy dzięki ich słowu będą mierzyć we Mnie. Słowo powinno budować jedność. Słowo wypowiadane, ale również słowo słuchane. Słowo, które może nas zjednoczyć, to przede wszystkim słowo Boże, które winno budzić wiarę.

Jakim jestem słuchaczem? Czy w ogóle przywiązuję jakąkolwiek wagę do słowa Bożego? Jak go traktuję? Gdyby każdy z nas tak do końca przyjął i zrozumiał to słowo - stanowilibyśmy jedno. Ale nie tylko to słowo, skierowane do nas przez samego Boga, jest elementem jednoczącym. Również nasze codzienne słowa mogą i powinny jednoczyć. Kultura, czystość, prawda, łagodność zawarta w naszych słowach, mogą być początkiem tworzenia jedności.

Drugi element, który może stać się zaczątkiem jedności to świadectwo. Oby tak się zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał. Gdyby wszyscy chrześcijanie swoim życiem, zachowaniem i słowem świadczyli o swej przynależności, i wierze w Chrystusa, bylibyśmy jedno. Aby świat poznał... Niestety, świat oskarża nas, że jesteśmy inni, tak różni od ideału Chrystusa.

Wreszcie trzeci element jedności to wzajemna miłość. Aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była. Gdyby w naszej codzienności, w naszych kontaktach z drugim człowiekiem było więcej życzliwości, uprzejmości, otwartości... Gdyby więcej radości, humoru, uśmiechu było na naszych twarzach... Gdyby więcej dobrych słów, słów pociechy, współczucia, dobrej rady pojawiało się na naszych ustach - wówczas świat stanowiłby jedno.

A zatem te trzy: słowo, świadectwo i miłość - to elementy scalające, jednoczące nas chrześcijan. Spróbujmy od nowa, by modlitwa Chrystusa spełniła się w naszej rzeczywistości!

Do góry

***

3 n. zw. Rok A - Ks. Andrzej Papież - Tarnowiec 27 I 2002r

GŁOSIĆ EWANGELIĘ

Nawracajcie się” i „Pójdźcie za mną” - to dwa imperatywy, dwa nakazy wypowiedziane przez Jezusa 2 tyś lat temu, na początku Jego publicznej działalności! Te nakazy słyszeliśmy także dziś. Czy one są jeszcze dziś aktualne? Czy one rzeczywiście mnie dotyczą?

Bracia i Siostry! Gdy popatrzymy na otaczający nas świat, gdy przypomnimy sobie szokujące nowiny, którymi bombarduje nas współczesna prasa to z całą stanowczością musimy twierdząco odpowiedzieć na te pytania. Tak - dzisiejszy świat potrzebuje przyjść do Jezusa i nawrócić się, bo my, ludzie początku XXI wieku daleko jesteśmy nie tylko od Niego, ale od tego co do Niego prowadzi. Bo jak to jest, – Siostro i Bracie - że wokół nas jest tylu ludzi ochrzczonych, a tego nie widać? Tylu chrześcijan dokoła nas, a nie wyczuwa się chrześcijańskiej atmosfery? Jak to jest, że według najnowszych badań socjologicznych, 90% Polaków uznaje siebie za ludzi religijnych, a tak naprawdę tylko 4% procent z nich przyjmuje zasady życia, które proponuje Jezus Chrystus! Wydaje się, że także dziś, jak ongiś w krainie Zabulona i Neftalego ludzie bardziej umiłowali ciemność a niżeli światło.

„Nawracajcie się” i „Pójdźcie za mną” – te nakazy Chrystusa, mają podjąć i zanieść dalej uczniowie powołani przez Chrystusa. Misja ta nie będzie łatwa. Jej skuteczność zależy od wielu czynników duchowych i fizycznych. Trzeba najpierw, podobnie jak uczynił to sam Mistrz, opuścić dom rodzinny, przyjaciół, zajęcia i przyzwyczajenia. Głoszenie Ewangelii wymaga męstwa i samozaparcia. Trud ten da się porównać do pracy rybaka wymagającej cierpliwego wyczekiwania, nie zniechęcania się, ciągłego zaczynania na nowo i przygotowania na ogromne ryzyko, nawet na utratę życia. Uczniowie, jak rybacy znad Jeziora Galilejskiego, powinni znać właściwą chwilę swej posługi, która ma przypominać działalność Chrystusa przepowiadającego nadejście królestwa niebieskiego. Bez naśladowania Mistrza ich posługa stanie się niepełna i nieprawdziwa. Kościół, wierny misji powierzonej mu przez Pana, powtarza te nakazy już przez XX wieków.

Także dziś, a może szczególnie dziś Kościół pozostaje wierny swoim zadaniom, bo wysiłek duszpasterski Kościoła jest tak wielki, jak nigdy dotąd w historii. Wystarczy przypomnieć nieustanne, obecne w różnych kulturach, językach i szerokościach geograficznych, sprawowanie kultu, podjętą na nowo misję katachizacyjną, regularne Europejskie i światowe Spotkania Młodych z Ojcem świętym, ojcem Górą, Bratem Rogae w Toronto, w Lednicy, w Taize. Wystarczy wspomnieć chociażby festiwale muzyki chrześcijańskiej, targi chrześcijańskiej książki. W Internecie łatwo znaleźć dobre chrześcijańskie portale. Stale odbywają się warsztaty, sympozja, rekolekcje służące formacji chrześcijańskiej. Nieustannie odbywa się ogromna praca! Nie od święta, ale każdego dnia! Codziennie! Tymczasem efekt jest niewspółmierny do włożonego wysiłku. Ciągle pozostajemy nie nawróceni, ciągle jesteśmy daleko od Chrystusa, ciągle jesteśmy „mieszkańcami cienistej krainy śmierci”. Ciągle, choćby tu wśród nas, przeważają ci, którzy przyszli spełnić cotygodniowy obowiązek. Przyjdą, postoją, posiedzą, ponudzą się i odchodzą. Nie można na nich liczyć. Nie interesuje ich żadna wspólnota, boją się jakiegokolwiek zaangażowania. Anonimowy tłum stojący w cieniu.

A jednak Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką. Jest nadzieja na lepszą przyszłość. Co zrobić, by zapowiadane światło zabłysło mocno i wyraźnie w naszym Kościele? Co zrobić, by w miejsce nudy i zniechęcenia pojawiła się radość i entuzjazm? Odpowiedź daje nam św. Paweł w 2 czytaniu. On mówi tak: Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię (...). Co to znaczy? Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię (...). Otóż pierwszym obowiązkiem chrześcijan jest głoszenie Ewangelii! Ta kolejność nie jest przypadkowa. Trzeba najpierw ewangelizować, aby ludzie uwierzyli w miłość Boga. Tylko ludzie, którzy uwierzyli w miłość Boga potrafią Nawrócić się i „Pójść za Jezusem, aby zbudować wspólnotę, o której On marzył. Jeśli odwrócimy kolejność, to wszystko stawiamy na głowie. Po co sprawować sakramenty ludziom, którzy nie uwierzyli Bogu? Nawet nie wolno tego robić!

Bracia i Siostry! Często wydaje się nam, że u nas nie trzeba nikogo ewangelizować, bo kościoły są pełne ludzi. Ale to tylko pozory. Badania socjologiczne wykazują, że połowa ochrzczonych w Polsce nie przychodzi do kościoła, a blisko połowa z tych, którzy chodzą do kościoła to ludzie faktycznie niewierzący. Jak do nich dotrzeć? Co zrobić, by obudzić w tych ludziach wiarę? Odpowiedź już znamy - trzeba ewangelizować. Aby nasz naród, od tysiąca lat chrześcijański, nie kroczył w ciemnościach zła, lecz ujrzał "światłość wielką", by nad mrokami jego codzienności "zabłysło światło" trzeba, by wśród nas nie zabrakło prawdziwych, wielkodusznych głosicieli prawdy zdolnych do opuszczenia wielu spraw przyziemnych i oddania się na służbę prawdzie. My wszyscy jesteśmy wezwani do dawania świadectwa wiary, do głoszenia Ewangelii o Królestwie i leczenia wszelkich chorób "wśród ludu" (por. Mt 4, 23). Terapią należy objąć nasze rodziny zatruwane zarazą rozwodów i konfliktów, nasze szkoły coraz bardziej bezsilne wobec niepokojących trendów kulturowych, zakłady pracy z każdym dniem mniej służące wspólnemu dobru i coraz rzadziej dające pracę i stabilizację. Ta terapia powinna nade wszystko objąć zmianę sposobu naszego myślenia i działania.

Dzisiejszy świat wstrząsany rozmaitymi wojnami przypomina dobę niewoli Narodu Wybranego. Tam, gdzie nie ma konfliktów z bronią w ręku, snują się obłoki kłamstwa i wynaturzenia, gdzie ten co powinien chronić zabija, fachowiec sprzeciwia się swemu wykształceniu, a człowiek zaprzecza swojemu człowieczeństwu i zwiastuje rychłe nadejście "nocy" i "ciemności". Coraz częściej zaczyna nas przytłaczać świadomość licznych zagrożeń powodowanych tak zwaną nowoczesnością, chorobami prawa nieskutecznego wobec zła oraz działaniami ubocznie sprzyjającymi różnym formom przestępczości. Stajemy się świadkami czasów zapowiadających wielką niewolę, nie tę mierzoną ciężarem czy bólem kajdan, deportacji i więzienia, lecz niewolę o wiele groźniejszą, bo dotykającą duszy człowieka, będącą następstwem uzależnień, patologii moralnych i społecznych. Zobaczmy, jak wiele wśród nas skłócenia, podziałów, pychy i egoizmu. Ów wielki tragizm dotyka świat, który od przeszło dwóch tysięcy lat ogarniany jest Ewangelią, zamieszkiwany przez ludzi ochrzczonych, zbawionych przez Mękę, Śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.

Ale nie patrzmy na świat. Patrzmy w siebie, bo świat zaczyna się ode mnie samego.

Nawracajcie się” i „Pójdźcie za mną” mówi dziś Jezus. I ty Bracie i Siostro:

Nie zakładaj, że jesteś uczniem, artystą, żoną, profesorem, księdzem, kierowcą.

Nie zakładaj, że jesteś katolikiem. Nie zakładaj, że jesteś człowiekiem.

To jest nie tylko twój stan, to przede wszystkim wezwanie.

Stajesz się uczniem, mężem, aktorem, lekarzem, inżynierem; stajesz się katolikiem;

stajesz się człowiekiem — przez kolejny twój czyn.

Albo przez ten czyn stan swój zdradzasz...

Do góry

***

Kazanie na III niedzielę zwykłą – Rok A – Nagawczyna 2014r., ks. R. Główczyk

To było w górach rumuńskich – jak wspomina ksiądz Roman. Rano, skoro świt, zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy dwóch pasterzy ze stadami owiec. Jeden z pasterzy starszy człowiek, był niemal filozofem. „Pamiętajcie, jeżeli Bóg stworzył nawet mrówkę, to o tej mrówce pamięta, bo gdyby nie, to przestała by istnieć. A cóż dopiero o człowieku! Zna wszystkie sprawy ludzkie, pochyla się nad nimi jak ojciec, bo jest Ojcem!”.     I Drodzy Bracia i Siostry dzisiejsza Ewangelia jest dla nas potwierdzeniem tych słów… Pochyleni, nad otwartą Księgą Bożego słowa jasno i wyraźnie uświadamiamy sobie tę prawdę, o której tak wspaniale mówił Jan Kasprowicz w „Księdze ubogich”: Ta jedna licha drzewina - Nie trzeba dębów tysięcy!        
Z szeptem się ku mnie przegina: Jest Bóg i czegóż więcej…!
 
            Ta prawda, to święte przekonanie i przeświadczenie o „Bożej obecności” wnosi w nasze chrześcijańskie serca i życie tak wiele sił. Bóg zna wszystkie sprawy ludzkie, zna moje osobiste pragnienia i zmagania, lęki i obawy i pochyla się nad nimi jak Ojciec… To w dzisiejszej ewangelii zabrzmiały te słowa… nad mieszkańcami cienistej krainy śmierci, wzeszło światło wielkie… Światło, którym jest Jezus.   
            Uświadamiamy dziś sobie, że nad naszym trudem życia, nad naszymi pragnieniami i marzeniami, nad naszą niepewnością i chwilami słabości – JEST ŚWIATŁOŚĆ WIELKA – JEST BÓG. Jakże pięknie w kontekście tej ewangelicznej prawdy wypowiedział się papież Franciszek: Pan… patrzy każdemu w twarz, w oczy, bo miłość nie jest czymś abstrakcyjnym. To miłość konkretna osoby do osoby. Pan jako osoba patrzy na mnie jako na osobę.     
            To w dzisiejszej Ewangelii Bóg uświadamia nam Swą prawdziwą OBECNOŚĆ potwierdzoną czynami; i jednocześnie uświadamia nam, że Jego obecność jest dla nas WEZWANIEM, do podjęcia ważnych decyzji. Wezwaniem do podjęcia decyzji na miarę ŻYCIA i ŚMIERCI. Chciejmy dziś, w tym zamyśleniu, refleksji odnaleźć kilka wskazówek, które pomogą nam w podejmowaniu tych decyzji na co dzień.            
            Przede wszystkim Bracia i Siostry, słysząc wezwanie Chrystusa: nawracajcie się, bo bliskie jest Królestwo niebieskie… chciejmy sobie uświadomić, nie z lękiem i drżeniem, ale z tęsknotą i nadzieją, jak powie poeta, że każda noc i każdy dzień, zbliża nas do Zachodu, gdzie rozciągają się nieskończone przestrzenie nowego Nieba i Ziemi nowej. I czy chcę, czy nie, nasza łódź się starzeje, żagle się powoli drą, a Niebieski Pilot coraz wyraźniej wskazuje miejsce przystani, do której nam przybić. Tej przystani na imię Wieczność.   
           
Dziś, przez słowa ewangelii Bóg mówi do mnie i do Ciebie Bracie i Siostro – BĄDŹ CIĄGLE GOTOWY WYRUSZYĆ W OSTATNIĄ PODRÓŻ. Czy jestem? Czy mam wystarczająco dobrze przygotowane serce? Zatem czy decyduję się na życie wieczne w niebie???       
            W ewangelii mocno i wymownie brzmią też inne słowa Jezusa. On mówi: Pójdźcie za Mną… a uczynię was rybakami ludzi… Myślę, że łatwo nam zrozumieć wezwanie: Pójdź za mną… wszyscy domyślamy się, że to wymaga od nas wierności na co dzień…        
            Ale wezwanie to, niesie jeszcze jedną bardzo ważną prawdę: pamiętajmy i miejmy świadomość tego, że PÓJŚCIE ZA BOGIEM to nie jest droga w NICOŚĆ – pójście za Bogiem to droga do szczęścia. A za szczęściem wszyscy tęsknimy. A co z byciem rybakiem ludzi???         
            Boże łowiska są nieskończone, dlatego potrzeba nieskończonej ilości rybaków. Ty też Siostro i Bracie jesteś wezwany przez Pana do połowów na tych łowiskach….       
Pandelis, stary rybak umierający na brzegu morza, mówi do swego towarzysza połowów: „Rybakiem byłem chyba niezłym, co? Ale Ojca Fotyna, który zachęcał, by także łowić ludzi dla Bożego Królestwa, nie słuchałem… Szkoda tak z pustymi rękami stawać przed Rybakiem Piotrem! Jak to będzie?”.            
           
Opisana scena może być dla nas nie tylko ostrzeżeniem, ale także, a może przede wszystkim – zachętą – by realizować na co dzień to, o czym mówi Jezus w ewangelii. Jaka będzie nasz decyzja???           
            Być rybakiem dla Królestwa Bożego – to najpierw nie przeszkadzać tym, którzy chcą być wierni Bogu w modlitwie, w sakramentach, w dobroci; ale to także zachęcanie, pokazywanie własnym życiem – ŻE BÓG JEST, a to już trudniejsze zadanie.    
            Drodzy Bracia i Siostry. Może jeszcze jedna myśl, sytuacja z dzisiejszej ewangelii, nad którą warto się zatrzymać. Wydarzenie, które mocno potwierdza, prawdę, że Bóg pamięta o człowieku – słyszeliśmy słowa: Jezus leczył wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu…     
           
To prawda, ciężko nam przyjąć chorobę, ciężko nam przyjąć porażkę, trudno nam się pogodzić z niesprawiedliwością, z krzywdą jaką zadaje nam drugi człowiek – czasem nie rozumiemy życia, cierpienia, postępowania drugiego człowieka…         
            Czasem nasze ludzkie słabości i grzechy odbierają nam tę nadzieję, radość Ewangelii, radość życia o której mówi nam papież Franciszek. DLATEGO JEZUS JEST TEŻ LEKARZEM, naszych słabości.
            Siostro i Bracie. Bądź Mu posłuszny w każdej dziedzinie twojego życia i licz na Jego pomoc, na Jego dar. Jeśli go nie otrzymasz zgodnie z twoim pragnieniem, to właśnie On pomoże ci znieść ten brak. „Jeśli On nie pomoże Ci w załatwieniu pracy – pisał Romano Cornuto – to na pewno pomoże Ci w przeżyciu tej porażki”. Ale bądź Mu wierny! Znajdziesz Go właśnie w tym, czego ci brak.        
            Papież Franciszek zachęca: Wielkie są twoje słabości, grzechy? Powiedz Panu: Przebacz mi, pomóż mi się podnieść, przemień moje serca! Zawsze miejmy odwagę prosić: Panie, obdarz nas pokojem. Jaką podejmę decyzję??? 
            Na koniec życzę sobie i Wam Bracia i Siostry: by moc Bożego słowa, siła Ducha Świętego była pokrzepieniem dla naszych utrudzonych serc, by przyniosła ukojenie i TĘ PEWNOŚĆ, ŻE BÓG… zna wszystkie sprawy ludzkie, pochyla się nad nimi jak ojciec, bo jest Ojcem!” Amen.

Do góry

***

5 n zw r. A (Iz 58, 7-10; l Kor 2, 1-5; Mt 5, 13-16)

Wy jesteście solą ziemi i światłem świata

Kościół św. mówi dziś o głównych zadaniach powierzonych Apostołom w świecie przez samego Chrystusa. Uczniowie mają być w pierwszym rzędzie "solą ziemi", a także "światłem świata". Sól, która utraci swój smak, jest bezużyteczna. "Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi" (Mt 5, 13). Podobnie ma się sprawa ze światłem umieszczonym nie pod korcem, lecz na świeczniku, "aby świeciło wszystkim". Jak sól, która nadaje smak i konserwuje, a także jak światło, które wydaje blask, tak smakiem i blaskiem dobrych uczynków mają napełniać świat uczniowie wezwani do posługi wśród wiernych. Światło uczniów ma świecić, aby ludzie widzieli ich dobre uczynki i chwalili Boga Ojca, który jest w niebie (por. Mt 5, 16).

Rozważając tajemnicę dorocznego święta Ofiarowania Pańskiego słyszeliśmy o religijnej wymowie światła. Przypomniano nam, że znak ten w pierwszym rzędzie symbolizuje Chrystusa, który sam o sobie powiedział: "Ja jestem światłością świata" (J 8, 12b). Uczniowie mają być na świeczniku dlatego, że ich Mistrzem jest "światłość prawdziwa" oświecająca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Mają być odblaskiem Słowa Przedwiecznego, które - jak głosi Prologu Ewangelii Janowej (l, 1-4) - było "na początku u Boga", przez Nie "wszystko [...J się stało. W Nim "było życie, a życie było światłością ludzi". Uczniowie zostali wezwani do tego, by w sobie odbijać światło pochodzące od Chrystusa. To przecież Słowo stało się ciałem i zamieszkało pośród nich. Oni oglądali Jego chwałę. To za ich pośrednictwem świat miał się napełnić światłością (por. J l, 14)

Uczniowie mają dokonywać tego podobnie jak św. Jan Chrzciciel. Jan sam nie był światłością, lecz został posłany do ludzi aby "zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego" (l, 6-7). "Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi" (l, 10-14a).

Co to oznacza być solą ziemi? Jak ma przed ludźmi świecić światło uczniów?

Odpowiedź na te pytania zawarta jest w odczytanym przed chwilą l Liście do Koryntian, zawierającym świadectwo św. Pawła. Apostoł w całej swej skromności oświadcza, że udając się na ewangelizację nie chciał nigdy błyszczeć słowem i własną erudycją. Będąc wśród nauczanych postanowił "nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego". Stawał przed słuchaczami "w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem". Jego mowa i głoszone nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz ukazywały ducha i moc, aby wiara ludzi opierała się nie na "mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej" (por. 2, 2-5).

Św. Paweł był więc uczniem pozostającym na świeczniku, otwarcie naśladującym swego pokornego Mistrza (por. Mt 11, 29), "solą dla ziemi" użyźnianej słowem posługi ewangelicznej. Swoim życiem wykazał, że wezwanie Chrystusa dotyczy nie tylko nauczania, lecz przede wszystkim dawania świadectwa. Za słowami głoszonej przez niego prawdy podążały konkretne czyny, bez których wiara rodząca się ze słuchania (por. Rz 10, 14. 17) sama w sobie byłaby martwa (por. Jk 2, 26).

Prorok Izajasz w swej Księdze mówi: "Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwrócić się od współziomków" (58, 7). W jego przesłaniu taka postawa nie pozostanie bez echa. Jej skutkiem będzie światło, które "wzejdzie jak zorza" (58, 8) i zaowocuje w Bożym błogosławieństwie. "Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, - mówi Pan - jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem" (58, 9-10). Tam bowiem, gdzie rozkwita dobro, zdrowie i sprawiedliwość, tam będzie także chwała Pańska.

Adresatem wezwania Chrystusa jest każdy chrześcijanin. Do dawania świadectwa o światłości i bycia "solą ziemi" nie są potrzebne ambony, habity i sutanny, ani jakiekolwiek nadzwyczajne upoważnienia władz kościelnych. Iluż to chrześcijan cieszy się dziś z najrozmaitszych działań dobroczynnych, z godzin spędzonych w świątyni na modlitwie. Iluż z nich przeżywa radość z dobrobytu osiągniętego własnym staraniem. Chrystus nie neguje przedsiębiorczości i dostatku. Sam z niego korzystał za pośrednictwem krewnych i ludzi pobożnych (por. Mk 15, 40). On także nie chce biedy. Pragnie jednak, by Jego uczniowie potrafili dostrzec obok siebie bliźnich, by umieli się dzielić owocami swych i sukcesów i w ten sposób stawali się "solą" nadającą smak doczesnemu pielgrzymowaniu oraz "światłem" rozjaśniającym ciemności niejednego zaułku życiowego. Kto nie rozumie tych spraw, gromadzi rozpraszając, a rozprasza, gdyż nie gromadzi z Chrystusem (por. Mt 12, 30).

Zbiera bowiem nie to co trzeba, nie tak, jak trzeba i nie tam, gdzie trzeba. "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną - mówi Chrystus - Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność!" (Mt 6, 19-23).

Chrześcijanin więc ma być światłością. To jest zadanie szczególne, trudne, lecz możliwe do wypełnienia. Św. Jan Chryzostom w jednej ze swoich homilii poucza: "Gdybyś powiedział, że słońce nie zdolne jest świecić, obrażasz je; gdybyś powiedział, iż chrześcijanin nie może być użyteczny, obrażasz Boga i czynisz Go kłamcą. Łatwiej jest bowiem słońcu nie ogrzewać ani świecić niż chrześcijaninowi nie oświetlać. Już raczej światło stanie się ciemnością niż to".

Zachęceni treścią dzisiejszej liturgii módlmy się, by nic nie pomniejszało w naszych sercach blasku Chrystusowego światła. Módlmy się, byśmy nigdy nie przestawali być solą użyźniającą otaczający nas świat. Wpatrujmy się w Chrystusa. Idąc za Nim, podtrzymujemy w sobie "światło życia" (J 8, 12), byśmy sami mogli być światłości

rok a ŚWIECIĆ PRZYKŁADEM

1. Jako chrześcijanie winniśmy być solą i światłem pośród świata.

2. Przykladność w życiu rodzinnym, zawodowym itp.

3. Przyktady mitości i wstrzemięźliwości. Sól zwietrzała na nic się nie zda.

W Ewangelii (Ml 5,13-16) z dzisiejszej niedzieli Pan mówi nam o naszej odpowiedzialności wobec świata: Wy jesteście solą ziemi... Wy jesteście światłem świata, l mówi to do każdego, kto chce być Jego uczniem.

Sól nadaje smak pokarmom, czyni je smaczniejszymi, zachowuje od zepsucia. Była ona symbolem mądrości Bożej. W Starym Testamencie obowiązywał przepis, że wszystko, co ofiarowano Bogu, miało zawierać sól {Por. Kpi 2,13} Oznaczało to pragnienie ofiarowania Bogu tego, co było smaczne. Światło było pierwszym dziełem Boga podczas stworzenia {ftfe 1,1-5} Jest ono symbolem samego Pana, Niebios i Życia. Natomiast ciemności oznaczają śmierć, piekło, nieporządek i zło.

Uczniowie Chrystusa są solą ziemi: nadają wyższy sens wartościom ludzkim, unikają zepsucia, niosą przez swoje słowa mądrość ludziom. Są również światłem świata, które przyświeca i wskazuje drogę wśród ciemności. Kiedy żyją zgodnie ze swoją wiarą, postępują bez zarzutu i bez winy, jawię się jako źródła światła w świecie {Fp2,15.}, pośród swej pracy i swoich działań, w swoim zwyczajnym życiu. Natomiast jakże rzuca się w oczy to, że chrześcijanin nie postępuje tak w swojej rodzinie, w społeczeństwie, w życiu publicznym swego narodu! Kiedy chrześcijanin nie zanosi doktryny Chrystusa tam, gdzie toczy się jego życie, same wartości ludzkie stają się banalne, bez żadnego wyższego znaczenia, a często ulegają zepsuciu.

Gdy rozglądamy się wokoło, wydaje się nam, jak gdyby ludzie często zatracili sól i światło Chrystusa. „Życie obywatelskie naznaczone jest konsekwencjami zsekularyzowanych ideologii, które wychodzą od negacji Boga lub ograniczenia wolności religijnej a dochodzą do przypisywania nadmiernej wagi sukcesom gospodarczym w porównaniu z ludzkimi wartościami pracy i produkcji; od materializmu i hedonizmu, które atakują wartości płodnej i zjednoczonej rodziny, wartości życia poczętego i moralnej obrony młodzieży, do «nihilizmu», który rozbraja wolę rozwiązywania pilnych problemów, jak problem nowych nędzarzy, emigrantów, mniejszości etnicznych i religijnych, właściwego używania środków informacji, natomiast uzbraja ręce terroryzmu"5 {Jan Pawet II, Przemówienie,() Xl 1982} Wiele zła wypływa z „braku u ochrzczonych i wierzących głębokich racji swej wiary i siły doktrynalnej i moralnej światopoglądu chrześcijańskiego, która zapewnia równowagę osób i wspólnot"6. h Tam

Doszło do takiej sytuacji, w której z powodu nagromadzenia się zaniedbań tylu chrześcijan, którzy nie byli solę i światłem, jak tego wymagał Pan, od nowa trzeba ewangelizować Europę i świat7.

Chrystus pozostawił nam swoją doktrynę i swoje życie, by ludzie odnajdowali sens swojej egzystencji i osiągnęli szczęście i zbawienie. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu - powiada dalej Pan w Ewangelii z Mszy świętej. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. I dlatego potrzebny jest w pierwszym rzędzie przykład prawego życia, czystość postępowania, praktykowanie cnót ludzkich i chrześcijańskich w prostym codziennym życiu. Światło, dobry przykład winny iść na początku.

34.2 W obliczu zalewu materializmu i zmysłowości, w których toną ludzie, Pan „pragnie, aby z naszych dusz wypłynęła inna fala - nieskalana i potężna, jak prawica Pana, która swą czystością zmiecie zgniliznę wszelkiego materializmu i zneutralizuje zepsucie zalewające świat: to właśnie jest zadaniem dzieci Bożych"8 - prowadzić do Chrystusa wielu ludzi, którzy żyją wraz z nami, aby Bóg nie był kimś obcym w społeczeństwie.

Przemienimy prawdziwie świat - zaczynając może od tego małego świata, w którym toczy się nasza działalność i budzą się nasze nadzieje - jeżeli nasze nauczanie będzie się zaczynać od przykładu osobistego życia: jeżeli będziemy ludźmi przykładnymi, kompetentnymi, uczciwymi w pracy zawodowej; jeżeli w rodzinie poświęcimy niezbędny czas dzieciom lub rodzicom; jeżeli będą widzieli naszą radość, także wśród przeciwności i cierpienia; jeżeli będziemy serdeczni... „uwierzą naszym uczynkom bardziej aniżeli jakiejkolwiek mowie" Św. Jan Chryzostom, Homilie do Ewangelii wg św. Mateusza i pociągnie ich to życie, które im ukazują nasze uczynki. Przykład przygotowuje glebę, w której stówo wyda swój owoc. „Na rodzicach spoczywa poważna odpowiedzialność za dawanie dobrego przykładu swoim dzieciom. Jeśli potrafią przyznać się przed nimi do swoich błędów, będą mogli lepiej kierować dziećmi i je poprawiać" Katechizm Kościoła Katolickiego, 2223.. Jako zwyczajni chrześcijanie swoim przykładem możemy ukazać, co to znaczy iść za prawdą Pana w życiu codziennym, jak to czynili pierwsi chrześcijanie. Sw. Paweł w ten sposób ponaglał wiernych z Efezu: Zachęcam was, abyście postępowali w sposób godny powalania, jakim zostaliście wezwani E/4,1.^.

Powinniśmy być znani jako mężczyźni i kobiety wierni, prości, prawdomówni, radośni, pracowici, pełni optymizmu. Winniśmy postępować jak osoby, które w sposób prawy spełniają swoje obowiązki i które w każdej chwili potrafią zachowywać się jak dzieci Boże, które nie dają się porwać jakimkolwiek prądom. Wówczas życie chrześcijanina będzie stanowić znak, po którym poznaje się ducha Chrystusa. Dlatego powinniśmy się często zastanawiać w osobistej mo-dliwie, czy nasi koledzy w pracy, domownicy i przyj aciele na widok naszego postępowania czują się zachęceni do wielbienia Boga, ponieważ widzą w nas światło Chrystusa. Będzie to wyraźny znak, że niesiemy światu światło, a nie ciemność, miłość do Boga, a nie oziębłość. „On was potrzebuje - mówi nam papież Jan Paweł II - W pewien sposób użyczacie Mu swej twarzy, swego serca, całej swojej osoby, jeśli jesteście zaangażowani, oddani dobru innych, jeśli jesteście wiernymi sługami Ewangelii. Wówczas sam Jezus wypadnie dobrze; lecz gdybyście byli leniwi i niegodziwi, przesłonilibyście Jego autentyczne oblicze i nie przynosilibyście Mu zaszczytu"12" Jan Pawet II, Homilia, 29 V 1983. Nie traćmy nigdy sprzed oczu tej rzeczywistości: inni ludzie winni widzieć Chrystusa w naszym prostym i pogodnym codziennym postępowaniu: w pracy, podczas odpoczynku, gdy przyjmujemy dobre lub złe wiadomości, kiedy mówimy lub milczymy... A w tym celu konieczne jest kroczenie blisko za Nauczycielem.

34.3 W pierwszym czytaniu prorok Izajasz wylicza szereg dziel miłosierdzia, które dają chrześcijaninowi możliwość okazywania miłości swego serca, a które polegają na kochaniu innych tak, jak kocha nas Pan: Por./15,12 - dzielić się chlebem i dachem, przyodziać nagiego, przestać grozić i mówić przewrotnie. Wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. Taki człowiek - jak śpiewamy w psalmie responsoryjnym - wschodzi w ciemnościach jak światło dla prawych Por. Ps 3,4-5^. Miłość okazywana naszemu otoczeniu w najróżnorodniejszych sytuacjach będzie stanowić świadectwo, które pociągnie wielu do wiary w Chrystusa, gdyż On sam powiedział: Po tym poznają, żeście uczniami Moimi15 Por. 713,35.

Również zwyczajne normy współżycia, które dla wielu ludzi są czymś zewnętrznym, przestrzeganym jedynie dlatego, że ułatwiają życie społeczne, dla chrześcijan również winny być owocem miiości - ich zjednoczenia z Bogiem, który owe gesty, będące zewnętrznym wyrazem szacunku i zainteresowania innych, napełnia znaczeniem nadprzyrodzonym. „Teraz rozumiem - pisze św. Teresa z Lisieux - że prawdziwa miłość polega na znoszeniu wszystkich wad bliźniego, na tym, by nie dziwić się jego słabościom, na budowaniu się jego innymi cnotami; ale zrozumiałam szczególnie, że miłość nie może pozostawać zamknięta w głębi serca, gdyż nie zapala się światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Wydaje mi się, że tą pochodnią, która winna oświecać i radować nie tylko tych, których najbardziej kocham, lecz wszystkich domowników, jest miłość"'6 Św. Teresa z Lisieux, Dzieje duszy, IX, 24. Winna ona przyświecać całej rodzinie, każdemu, z kim pracujemy... Miłość ta często wyraża się w zwykłych formach dobrego wychowania i grzeczności.

Innym ważnym aspektem bycia przez chrześcijan solą i światłem, o których mówi nam Pan, jest wstrzemięźliwość i trzeźwość. Nasze czasy „cechuje dążenie do dobrobytu materialnego za wszelką cenę i odpowiadające temu zapomnienie - a raczej strach, autentyczne przerażenie -o tym wszystkim, co może powodować cierpienie. W tej perspektywie takie słowa jak Bóg, grzech, krzyż, umartwienie, życie wieczne... stają się niezrozumiałe dla znacznej liczby osób, które nie znają ich znaczenia i treści17 A. (lei PortiIIo, List, 25 XII 1985. 4. Dlatego jest rzeczą szczególnie pilną dawanie wielkodusznego świadectwa wstrzemięźliwości i trzeźwości, które wyrażają opanowanie dzieci Bożych w korzystaniu z dóbr „według potrzeb i powinności, z umiarkowaniem tego, kto ich używa, a nie przywiązuje do nich nadmiernej wagi i nie jest nimi zniewolony"18 Św. Augustyn, O obyczajach Kościoła Katolickiego i obyczajach municlici-czyków, l, 21.. „A jakaż odpowiedzialność przed Panem Bogiem!... Bo wykorzystuj ąc te łaski, moglibyśmy stać się świętymi i innych do tego pobudzić, dając dobry przykład. A przykład bardzo pociąga. Opowiadał mi pewien lekarz z Nagasaki, że widząc postępowanie chrześcijan, nawrócił się. Nie było mu potrzeba dysput ani przekonywań. Przykład więcej zaważył aniżeli wszystkie dysputy i przekonywania" Sw. Maksymilian Kolbe, Konferencje ascetyczne, Niepokalanów 19911. s. 58.

Prośmy dzisiaj Najświętszą Maryję Pannę, byśmy potrafili być solą, która zapobiega zepsuciu osób i społeczeństwa, oraz światłem, które nie tylko oświeca, lecz także grzeje życiem i słowem; byśmy zawsze płonęli miłością, a nie byli zgaszeni; aby nasze postępowanie jasno odzwierciedlało miłe oblicze Jezusa Chrystusa. Z ufnością, którą Ona w nas budzi, prośmy w głębi naszego serca: Panie Boże nasz, Ty, który sprawiłeś, że tylu świętych stało się pochodnią, co równocześnie oświeca i ogrzewa ludzi, dozwól nam kroczyć z zapalonym duchem jako dzieci światłości Por. Modlitwa św. Bernarda z Clair\'uitx

Do góry

***

6 niedziela zw r. A                      Szukanie Boga w przykazaniach                                   Krynica2010

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: … kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”

UwChBiS! Musicie przyznać, że w dzisiejszej Ewangelii padają bardzo zdecydowane i jednoznaczne słowa. Podkreślają one prawdę zawartą w czytaniach tamtego tygodnia, że Bóg jest światłością, że nie ma w Nim żadnej ciemności, dwuznaczności, relatywizmu. Jezus kontynuując swoją naukę w Kazaniu na Górze wzywa nas abyśmy tę postawę Boga naśladowali swoją postawą i swoim życiem, zarówno czynem jak i słowem. Powie On: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”. Tak powinna wyglądać postawa chrześcijanina, postawa dziecka Bożego, które wyraża swoją wiarę w Boga. To postawa przejrzysta, bez fałszu, bez podtekstów i „półprawd”, postawa konsekwentna, na miarę bycia światłością świata. Na miarę realizacji chrześcijańskiego powołania do świętości.

BiS! Dziś Jezus stawia przed nami wymagania. I choć wciąż jest tym samym kochającym Jezusem, który zatrzymuje się nad troską człowieka, by jej zaradzić; nad jego chorobą, by ją uleczyć; nad jego grzechem, by go odpuścić; który nas kocha na weselu w Kanie i podczas agonii na Golgocie; który bierze krzyż na ramiona, niosąc nam zbawienie - to jednak tego zbawienia nie chce nam „wcisnąć na siłę”, bez naszego wyraźnego i zdecydowanego: „tak”. Bo Bóg szanuje naszą wolność i daje nam wybór [o czym tak obrazowo pisze Mądrość Syracydesa: „Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane”. I - jak słyszeliśmy to w 2 czytaniu - duchem ten wybór musimy rozsądzić, by nasza mądrość była  mądrością między doskonałymi, ale nie mądrością tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Abyśmy poznali tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata”. Powtórzę: duchem musimy to rozsądzić, by mądrość była ku chwale naszej. Bo Jezus oczekuje od nas troski o nas samych, oczekuje pragnienia zbawienia.] Oczekuje podjęcia decyzji, oczekuje wyboru, którego dokonamy w wolności. Bo przecież „ku wolności wyswobodził nas Chrystus”; „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” – napisze wyraźnie św. Paweł. Musimy zatem wybierać między złem i dobrem,; miedzy mniejszym dobrem a dobrem większym, biorąc przede wszystkim „korzyść” życia wiecznego, zbawienia, osiągnięcia nieba. I ten wybór,  musi być konsekwentnie powtarzany i potwierdzany naszym życiem. Ten wybór, który będzie kontynuacją przymierza, zawartego przez Boga z człowiekiem. W naszym przypadku przymierza zawartego na chrzcie i umocnionego w bierzmowaniu. Jednym z elementów przymierza są Boże przykazania, które Mojżesz otrzymał od Boga na górze Synaj. Znamy je doskonale: uczyliśmy się ich od początku naszej religijnej edukacji; często w modlitwie winniśmy je powtarzać. Jezus dziś w bardzo zdecydowanych i jednoznacznych słowach potwierdza ich ważność i znaczenie – bez zachowania Bożych przykazań nie wejdziemy do królestwa niebieskiego, nie osiągniemy zbawienia; nasza „korzyść” będzie tyko pozorna, tymczasowa, doczesna. Misją Jezusa nie było zniesienie przykazań, lecz ich wypełnienie. I jest to także nasza misja, zadanie dla każdego z nas indywidualnie, ale także zadanie wspólne uczniom Jezusa, którzy, na mocy chrztu i bierzmowania kontynuują misję prorocką, kapłańską i królewską Jezusa. A jak to wygląda w naszym życiu? Czy polecenie Jezusa, aby niczego w przykazaniach nie zmieniać nie jest dziś aktualne? Czy my sami, ludzie wierzący i przyznający się do chrześcijaństwa, nie naginamy prawa Bożego do naszych potrzeb, nie przyznajemy pierwszeństwa naszym słabościom, usprawiedliwiając je przed sobą? [To życie nasze mamy dostosowywać do przykazań a nie odwrotnie, tak jak modlimy się w jednej z prefacji: „spraw Panie, abyśmy poznawszy Twoją prawdę dostosowali do niej nasze życie” – a nie przykazania do życia] Czy dla własnej wygody, hołdując swojemu egoizmowi, nie narzucamy indywidualnej interpretacji Bożym przykazaniom, pozbawiając ich ostrości i zdecydowanej wymowy? To pytanie - kochani moi - jest aktualne i ważne, gdyż niejednokrotnie słyszę słowa: „Proszę księdza ja jestem wierzący, ale… z tą czy tą nauką Kościoła się nie zgadzam..”! Mam wtedy zwyczaj uświadamiać mego rozmówcę, że tak naprawdę to on nie zgadza się z nauką Jezusa, którą Kościół mniej lub bardziej udolnie głosi. Możemy nie zgadzać się ze złem w Kościele; z jego słabością i grzesznością, ale nie z nauką, bo ta nauka jest de facto nauką Jezusa /”Kto mnie słucha was słucha, a kto wami gardzi mną gardzi” – powie Jezus/. Nie odrzucam człowieka lecz Boga.

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. [Zaprawdę bowiem powiadam wam: … kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”]

UwChBiS! Nauka Jezusa, którą z taką mocą nam dziś głosi i przez swój Kościół przekazuje, nie tylko podkreśla nienaruszalność Bożych przykazań. Idzie dalej, pokazując drogę do prawdziwej świętości. Wskazuje na rolę naszej wewnętrznej postawy, na rolę naszych myśli, wyobrażeń i motywacji. Bo grzech bierze swój początek w naszym wnętrzu. I Jezus sięga dziś właśnie tego początku grzechu, do jego korzenia. /Jak w tej reklamie środka przeciwbólowego czy syropu na kaszel, który „likwiduje nie tylko skutki, ale tez przyczynę dolegliwości”, a wiec sięga do korzeni/. Bo, sam grzeszny czyn jest jedynie przejawem, konsekwencją całej naszej postawy. Zwróćmy uwagę np. na Jezusową interpretację piątego i szóstego przykazania. Kiedy zaczyna się grzech zabójstwa i cudzołóstwa? Nie wtedy, gdy podniesiemy rękę na bliźniego; nie wtedy, gdy podejmujemy współżycie pozamałżeńskie. Te grzechy zaczynają się już w chwili, gdy gniewamy się na drugiego człowieka; gdy pożądliwie na niego patrzymy. Zaczynają się, gdy pozwolimy, aby w naszych myślach zakiełkowało wyobrażenie grzesznego czynu. Dlatego w naszych międzyludzkich relacjach nie wolno nam pielęgnować złych uczuć, nieuporządkowanych emocji, negatywnych pragnień. Każdą sytuację, każde wydarzenie i zdanie, które może zachwiać naszą miłością musimy szybko wyjaśnić i rozwiązać. Bo nie wolno w sobie rozwijać gniewu, nie wolno dążyć do zemsty. I nie chodzi tu jedynie o czyny dramatyczne, powodowane nienawiścią; o awantury lub przemoc, o których później z takim oburzeniem i przestrachem donoszą media. To trochę już za późno. Istotne jest przede wszystkim zachowanie zgody i wierności w tych małych rzeczach, w tych niby nieistotnych wydarzeniach, w pojedynczych słowach i gestach. A jeśli dojdzie do konfliktu, powinnością chrześcijanina jest szybkie wyjaśnienie sobie własnych zapatrywań i postaw. Jeśli dojdzie do nieprzyjemnej wymiany zdań, wierzący muszą, po uspokojeniu emocji, pokonując swój egoizm i nerwy, podjąć próbę zrozumienia, również słabości bliźniego, bo idealni będziemy dopiero w niebie; muszą przyjąć postawę przeproszenia i wybaczenia. Bez tych elementów nie ma wspólnoty,  braterstwa, miłości. Nie ma także chrześcijaństwa. Podkreśla to Jezus, mówiąc, że jeśli nie jesteśmy pojednani z braćmi, nie powinniśmy składać Bogu ofiary. O ileż mocniej ta prawda brzmi w kontekście np. małżeństwa!  Małżonkowie nie mogą sobie także pozwolić na to, aby myśli o jakiejkolwiek osobie zagościły w ich umysłach. Zdanie Jezusa, że „każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”, nie tylko poszerza zakres szóstego przykazania, ale uwidacznia prawdę mówiącą, że od myśli do czynów nie jest daleko. [Bo czyż nie jest prawdą, że gdy o czymś intensywnie myślimy, gdy coś sobie często wyobrażamy, to podświadomie dążymy do realizacji naszych myśli? Marząc o bliższych relacjach z jakąś osobą, zmierzamy do spotkania się z nią, do rozmowy. A jeśli ta druga osoba myśli o nas w podobnych kategoriach, do spełnienia tychże myśli jest już tylko maleńki kroczek. Wystarczy odpowiednia atmosfera, odrobina alkoholu, nastrojowa muzyka.] Dopuszczając do takich sytuacji, tracimy nad sobą kontrolę. Pozwalamy sobie na coraz więcej, mówiąc, że to jeszcze nic, że wiemy, co robimy. Że to tylko przyjacielska rozmowa, że to tylko dotknięcie ręki, objęcie, że to tylko jeden niewinny pocałunek. W tym miejscu już czynem zaczynamy grzeszyć przeciw przysiędze uczciwości małżeńskiej. Aż wreszcie w którymś momencie przestajemy nad sobą panować, a zdrada i rozwiązłość staje się faktem. Faktem, którego początek miał miejsce dużo wcześniej, w naszych myślach. Dlatego nie lekceważmy słów naszego Zbawiciela, przyjmijmy do naszych serc tę prawdę, że tylko zdecydowane i jednoznaczne opowiedzenie się za Chrystusem i Bożym przykazaniem zachowa nas w wolności dzieci Bożych i doprowadzi do królestwa niebieskiego. Obrazem tego zdecydowania jest to przysłowiowe: „wyłupanie oka”, „odcięcie reki” czy nogi z dzisiejszej Ewangelii, czy słowa z Listu do Hebrajczyków: „Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi”

„Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: … kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”

UwChBiS! Jednoznaczna i konkretna jest dzisiejsza nauka Jezusa. Ona nie pozostawia złudzeń i przypomina nam, że obowiązek troski o życie, obowiązek zachowania czystości w każdym stanie, obowiązek życia w prawdzie to konsekwencja wyboru Boga i Jego miłości. To jedyna droga do Królestwa Niebieskiego. Jezus dla podkreślenia ich ważności i uniknięcia wszelkich niedomówień rozważa wszystkie najbardziej dyskutowane - także dziś - przykazania Starego Testamentu: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie przysięgaj fałszywie. I do każdego z nich stosuje tą samą konstrukcję: "w starym prawie powiedziano ..., a ja wam powiadam" i tutaj niejako "podnosi poprzeczkę". Ważność prawa Starego Testamentu jest nie tylko potwierdzona, ale i podniesiona na wyższy szczebel. Już nie samo zabójstwo jest karalne, ale nawet gniewanie się, obmawianie, czy oczernianie drugiego człowieka; dołowanie go. Już nie samo cudzołóstwo jest grzechem, ale pożądliwe myśli, patrzenie czy nieuporządkowane pragnienia. Już nie tylko krzywoprzysięstwo jest złem, ale gadulstwo, nadużywanie słowa czy czcza gadanina, bo „co ponad to, od Złego pochodzi”.

Nie ma w tym wykładzie moralności Chrystusa żadnego rozmydlania, żadnego laksyzmu i rozwadniania. Jest jasne i klarowne rozróżnienie co jest dobrem, a co nim nie jest. I człowiek takiego właśnie klarownego rozróżnienia potrzebuje. Obyśmy i my jak najwięcej z tej nauki Jezusa dzisiaj skorzystali, by być wielkim w królestwie niebieskim. Niech się tak stanie. Amen

 

Do góry

***

7 niedz. zw r. A                       Chrześcijanin i nieprzyjaciel                       Krynica 2014   

„A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie... Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.……………”

UwChBiS! Kiedy zapytano ją, co zrobiłaby gdyby spotkała swoich prześladowców, powiedziała: Uklękłabym, aby ucałować ich ręce, bo gdyby to się nie stało, nie byłabym dzisiaj chrześcijanką, nie byłabym siostrą zakonną. Kiedy miała 7 lat arabscy handlarze porwali ją z rodzinnego domu i sprzedali do niewoli. Mała Sudanka doznała takiego szoku, że zapomniała własnego imienia. Porywacze nazwali ją Bakhita – co po arabsku znaczy szczęściara. Dla kilkunastoletniej niewolnicy to słowo musiało brzmieć jak okrutne szyderstwo. Wiele razy sprzedawano ją i odsprzedawano. Właściciele chłostali ją za najmniejsze przewinienia. Okrutną pamiątką z czasów niewoli pozostał tatuaż. Wycinano go brzytwą na ciele niewolnic, a świeże rany zasypywano solą. Ofiary często wtedy po prostu mdlały z bólu. W końcu została zakupiona przez włoskiego konsula, który zabrał ją do Włoch. Mając 21 lat przyjęła chrzest i imię Józefina. Później przez ponad 50 lat życia zakonnego była wierną, pełną miłości i troski służebnicą. Była kucharką, szwaczką, praczką czy furtianką, podobnie jak nasza wielka rodaczka -św. Siostra Faustyna. Wielokrotnie wystawiana na próbę, wyszydzana z powodu swojego pochodzenia okazała się pełną nadziei, wiary i radości chrześcijanką. Zapytano ją: czy nie czujesz żalu do tych, którzy zadali ci tyle cierpień? Uśmiechając się odpowiedziała: Modlę się dużo za nich, aby Pan, tak dobry i hojny dla mnie, był także dobrym dla nich, aż do nawrócenia i zbawienia ich. Podobnie jak jej i nasz Mistrz - z wysokości krzyża: Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią"..

Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują

UwChBiS! Uczeń Jezusa to ten, który naśladuje Ojca, który sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych; naśladuje Boga, który miłuje wszystkich także tych złych, który miłuje nawet nieprzyjaciół. Jak św. Józefina Bakhita, której krótką historię życia przytoczyłam, a która to doskonale ilustruje dzisiejszą Ewangelię. Ewangelię jakże dobitną, wymagającą i konkretną. Wróćmy teraz do niej. Widzimy dziś w Ewangelii jak kolejne tak zwane antytezy omawiają zagadnienie miłości nieprzyjaciół. Na początku przywołane zostaje prawo odwetu; logika zemsty. Prawo to wymagało, aby złoczyńca poniósł podobną szkodę, jakiej sam dokonał. W praktyce jednak dość często dochodziło tu do nadużyć. Praktykowany starożytny samosąd nie znał miary w karaniu. Za wybite oko ścinano głowę. Za straconą rzecz niszczono cały majątek. Za zabójstwo mordowano całe plemiona. Stąd też w Biblii i poza nią widzimy starania o ukrócenie tego procederu. Kodeks Hammurabiego, potem Księga Wyjścia próbują położyć kres tej samowoli i ustalić prawne proporcje między winą i karą. Słynne więc sformułowanie "oko za oko, ząb za ząb" było, paradoksalnie, wielkim krokiem w przód w rozwoju ludzkości. W końcu ta zasada stała się jednym z fundamentów prawa Greków i Rzymian, a od nich wywodzi się nasz system prawny.

Tyle starożytność, tyle Stare Przymierze. Wiemy jednak, że między nas przyszedł Bóg Miłości. Dlatego: "Niechaj się nikt nie łudzi… Mądrość bowiem tego świata jest głupstwem u Boga". Czego więc nie sprecyzował Hammurabi, czego nie doczytamy w księgach starotestamentalnych, objawił nam Bóg w Nowym Testamencie, dopowiedział nam sam Pan Jezus. W kilku zdaniach wyjaśnił sens miłości. Miłości do każdego człowieka, w tym również obcego a nawet nieprzyjaciela. To najwyższa norma chrześcijańskiej etyki. Trudne zadanie, ale konieczne. Bo: Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście. Jesteśmy świątynią Bożą przez łaskę i miłość. I aby tej miłości i łaski nie zatracić musimy kochać także nieprzyjaciół. I wcale tu nie chodzi o dobro czynione przede wszystkim wrogom, ale o nasze dobro, o dobro naszych serc; o to żebyśmy w nas nie zabili miłości, nie utracili wolności i nie dali się owładnąć złu, zemście, gniewowi. Tu wiec chodzi najpierw o dobro naszych serc, potem o nich samych. Pan Jezus, nasz Mistrz daje nam przykłady takiej właśnie miłości i wolności. Najpiękniejszym przykładem jest On sam, kiedy za Jego słowami idą czyny i to do śmierci włącznie. Zrozumiała to wspomniana św. Józefina, która radośnie i wielkodusznie wybaczyła swym prześladowcom.

Pojął to św. Maksymilian, który zajął miejsce skazanego na śmierć współwięźnia w obozie, nie wyklinając czy obrażając nazistów. Albo bł. Ks. Jerzy Popiełuszko, patron jednej z ulic naszego miasta, [ten, który przychodzi na myśl dziś, gdy słyszymy co dzieje się na kijowskim Majdanie na Ukrainie], a który uchwycił najpełniej sens wyrażenia "zło dobrem zwyciężaj". Idąc za Chrystusem, mając takich poprzedników, spróbujmy i my zrobić coś z miłością, którą nas Bóg obdarzył. W czynach wielkich, ale przede wszystkim w drobnostkach dnia codziennego. Wobec swojej rodziny, ale też wobec sąsiada, z którym toczę wojnę o metr kwadratowy pola, czy o jakąś bzdurę, którą na tym świecie i tak będę musiał zostawić. Odpłacać za dobro złem jest rzeczywistością diabelską, czymś zwierzęcym jest za zło płacić złem, ale czymś boskim, godnym dziecka Bożego jest dobrem odpłacać za zło.

"Nienawidzę grzechu - napisze św. Augustyn - ale kocham grzesznika". Oto recepta wielkiego świętego na miłość bliźniego, który źle czyni. Owszem, denerwuje mnie, złości grzech widziany u siebie i u innych, bo przecież milczeć na zło, nie upominać w złym byłoby grzechem cudzym, i dlatego "nienawidzę grzechu, ale kocham grzesznika".  I nie musimy wcale - BiS! -  kochać nieprzyjaciół miłością emocjonalną, uczuciową, bo taka miłość nieprzyjaciół na poziomie ludzkim jest niemożliwa, ale mamy ich kochać miłością nadprzyrodzoną, miłością na poziomie woli, że chce dla nich jak najlepiej, że mimo doświadczonego zła chce dla mego wroga, nieprzyjaciela prawdziwego dobra. Wiec przynajmniej bądźmy im życzliwi, módlmy się za nich, tak jak się zawsze modlił Chrystus. On pozostanie dla nas wzorem autentycznej, Bożej miłości. Taka miłość wyraża się zawsze najtrudniejszym darem, bo darem przebaczenia. Czy nosimy w sobie ten dar? Czy chętnie dzielimy się nim z potrzebującymi? Czy czujemy uszczęśliwiającą moc i siłę daru przebaczenia? Wszak napisze św. Paweł: "Jak i Bóg przebaczył nam - tak i my", a ile razy klękaliśmy z drącym sercem przy kratkach konfesjonału licząc na ten dar kochającego nas bezgranicznie Boga?  

BiS! Krzywdy cierpliwie znosić, urazy chętnie darować to uczynki miłosierne względem duszy! Dlatego:

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie... bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią?... Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.……………” Amen

 

Do góry

***

11 Niedz. zw. r A - Miłosierdzie zamiast pomsty - Wj 19,l-6a; Rz 5,6-11; Mt 9,36-10, 8

Gdy w greckim mieście, Tesaloniki, które pod koniec IV w. należało jeszcze do wielkiego Imperium Rzymskiego, doszło do pewnych zamieszek i wystąpień przeciw władzy cesarskiej, ówczesny władca Teodozjusz Wielki - porywczy Hiszpan z pochodzenia - natychmiast posłał tam swoje zdyscyplinowane legiony. Korzystając z tego, że ogromny tłum Tesaloniczan zgromadził się na szczególnie lubianym wówczas widowisku cyrkowym, legioniści rzymscy otoczyli cyrk i w pień wycięli wszystkich, którzy tam się znajdowali; zginęło 7 tysięcy ludzi. Pod ciosami żołnierskich mieczy padali winni i niewinni.

Bracia i Siostry oto scena z odległej nam już historii. A współcześnie???...

„Umarła na nienawiść” – pod takim tytułem nadano niedawno felieton radiowy w Polsce. Samotna kobieta mieszkała w sąsiedztwie młodego małżeństwa. Z obserwacji można było wnioskować, że jej głównym celem było zatruwanie życia młodym małżonkom. Zaczęło się bardzo niewinnie: od wycieraczki przy drzwiach, którą zabrała; potem wykręcona żarówka na korytarzu, podrzucanie śmieci, wylewanie brudów, wyzwiska i przekleństwa pod ich adresem... Małżonkowie przyjęli zasadę – milczeć i znosić wszystko do czasu wyprowadzenia się. I rzeczywiście, po kilku miesiącach otrzymali mieszkanie gdzie indziej. Wyprowadzili się. I co się okazało? W tydzień potem samotna kobieta zmarła. „Umarła na nienawiść” – tak zakończył opowiadanie spiker radiowy. Straciła cały sens swojego życia. Nie miała komu dokuczać i to ją dobiło. Smutne, ale prawdziwe. Podobne przypadki można by mnożyć i są o tyle boleśniejsze, że dzieją się na naszych oczach, w naszym środowisku, w sąsiedztwie (i to) na pozór (skądinąd) gorliwych katolików. Ale (zostawmy to), nie nam to osądzać. Jedno natomiast w tym wszystkim jest pewne - Ludzkie serce jest skłonne do porywczego mszczenia się na tych, którzy wobec niego źle postąpili, choćby nawet najmniejszą wyrządzili mu krzywdę.

Bracia i Siostry! Gdy słyszymy Słowo, które Bóg poprzez Kościół kieruje dziś do każdego z nas, to jakże wyraźnie widzimy, że On postępuje zupełnie inaczej. W Nim nie znajdziemy cienia mściwości, lecz ogrom niepojętej miłości i miłosierdzia. „Moje drogi nie są drogami waszymi, mówi Pan". „A 'widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza" (Mt 9,36).

Pan Bóg nie musiał stać się człowiekiem. Nie musiał w stajni się rodzić ani umierać na krzyżu. Tak jak nie musiał nas stwarzać i wprowadzać w swoje życie. Te fakty, jak i wszystkie inne, znajdują wytłumaczenie w ogromie Bożej miłości. Taka jest postawa naszego Boga, bogatego w miłosierdzie. Tak było od początku. Bóg, jak najlepszy Ojciec, widzi ludzki trud, cierpienie, współprzeżywa razem z człowiekiem i przychodzi mu z pomocą. Cała historia to historia miłości Boga, historia pochylenia się Boga nad potrzebującym człowiekiem. On wie że „wtedy człowiek może w pełni żyć, gdy go ktoś zauważy: cieszy się jego osiągnięciami, martwi jego niepowodzeniami, jest przy nim swoją troską, gdy mu jest wdzięczny za każde spełnione dobro, a boleje nad jego złem.

Tylko wtedy człowiek może w pełni żyć, gdy komuś zależy na jego życiu” (M. Maliński)

Tyle, że człowiek, mimo wszystkich napięć i trudów żyjąc w kręgu Bożej miłości, odbierając coraz to większe dary tej miłości, zapomina o samym Bogu i Jego darach. Trzeba mu więc to wszystko przypominać i to na różne sposoby.

Izraelitom każe Bóg przypomnieć, co uczynił dla nich w Egipcie. Jak w chwili największego ucisku, zsyłając klęski i plagi, zmusił faraona do uwolnienia ciemiężonego narodu. To właśnie Bóg przeprowadził ten lud przez Morze Czerwone, troszczył się dla niego o pokarm i napój, chronił przed nieprzyjacielem jak orzeł chroni swe pisklęta.

To wszystko było tylko zapowiedzią jeszcze większych dzieł Bożych, jeszcze większej miłości. Przypomina to Rzymianom św. Paweł, który sam doświadczył najpełniej tej miłości. Bóg bowiem w pełni okazał swą miłość człowiekowi, kiedy posłał na świat swego Syna Jednorodzonego, a On „umarł za nas, jako grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy byli jeszcze bezsilni" (Rz 5,6).

Oto przed nami Bóg, który pochyla się nad swoim ludem, zatroskany o tych, którzy są znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. W Jezusie Chrystusie, Dobrym Pasterzu, wypowiada On najpełniej swą miłość do człowieka, nie wyglądając przedtem jego doskonałości, bowiem Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tak daleko idzie zaufanie Boga do człowieka, choć ten ostatni wielokrotnie czyni wszystko, aby ową ufność i wiarę w pierwotną dobroć stworzenia podważyć.

Jezus Chrystus, zanim podjął krzyż, przemierzał palestyńską ziemię jak najlepszy pasterz, szukając zagubionych owiec, aby na swych ramionach przynieść je do owczarni; uzdrawiał chorych, wskrzeszał umarłych, oczyszczał trędowatych, wypędzał złe duchy, karmił głodnych,,,głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu" (Mt 4,23). Widząc ludzkie cierpienie, zawsze spieszył z pomocą. Przy czym litość Jezusa nie ograniczała się do pięknych stów współczucia, lecz była skuteczna, prowadziła do konkretnego czynu. Ale to nie wszystko...

Jezus wiedział, że nawet gdy poświęci życie dla człowieka, świat nadal będzie potrzebował Jego miłości. Jego owce będą wciąż znękane i porzucone, jakby były bez pasterza, dlatego wybiera tych, którzy będą kontynuować Jego misję. On sam ich powołuje, uczy i posyła: „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie źle duchy" (Mt 10,7-8). Sam doświadczywszy, że pełnienie tej misji jest zadaniem trudnym, pełnym wyrzeczeń i ofiary, nawołuje do modlitwy o dobrych żniwiarzy, oddanych pasterzy.

Jezus sam wybiera, wzywa, obdarza władzą i wysyła, bo ciągle lituje się nad ludzką niedolą. Tak było wówczas, tak było na przestrzeni dziejów Kościoła, i tak jest dzisiaj. Małej garstce słabych ludzi daje moc, swoją moc, aby w Jego imieniu nieśli dobrą nowinę, aby nieśli pociechę, uzdrowienie, przebaczenie i rozdawali zarówno Chleb Żyda, jak i ten zwykły, codzienny. Niektórzy z nich – jak Judasz z dzisiejszej Ewangelii – odpadaja, nie wytrzymuja, ale większość walczy i zwycięża.

Cała historia Kościoła to historia Jezusa, który poprzez ludzkie dłonie i serca pochyla się nad każdym człowiekiem. Gdy to zrozumiemy „dopiero wtedy w pełni spostrzeżemy siebie, wtedy odnajdziemy swoje miejsce, gdy odkryjemy, że On traktuje mnie jak osobę, interesuje się mną, kocha mnie: cieszy się tym, że jestem i że jestem taki; przyjmuje wszystko, co moje, mimo że dalekie jest od doskonałości; wybacza nam nasze wady, gdy zdobywamy się przynajmniej na gest przeproszenia.

Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dać wszystko z siebie, gdy Go pokochamy; gdy nam będzie zależało, żeby się nie skompromitować w Jego oczach, żeby On się na nas nie zawiódł, gdy ważne dla nas będzie jedynie Jego zdanie o nas.

Ale ten porządek miłości odnosi się również do nas. Nie musimy spełniać bardzo wielu rzeczy, a jeżeli je wykonujemy, to na uzasadnienie mamy to jedno: miłość. Kto jej nie potrafi przyjąć, nie zrozumie ani siebie, ani ludzi, ani Boga.

Nie potrafimy żyć w pełni w kuli własnej samotności. Potrzebujemy sprawdzenia swojego postępowania przez ludzi, którzy nas otaczają: akceptacji albo przygany; uścisku ręki, pozdrowienia, uśmiechu, dobrego słowa, uznania, podziwu albo nie - byle tylko nie obojętności.

Popatrzmy, obok nas woła człowiek na skraju rozpaczy: „Ja jestem! Ja jestem!" i rozglądając się bezradnie czeka na odpowiedź, ale dochodzi do niego tylko echo własnego krzyku. Zauważmy go!

„Wśród złych moich uczynków, jak wśród traw ospałych,

Płynie Twój strumień, Panie.

Porusza moje ziemie, otwiera moje skały,

Twarde, znieruchomiałe.

Pozwól za tym strumieniem i miodu, i mleka

Ludziom wejść na nie.

O człowieka, o miłość człowieka

Modlę się, Panie” (Jerzy Liebert)

Do góry

***

12 niedz zw. r. A          Świadczyć i wypoczywać!      Mielec 22.06.2008 r - Ks. A. Papież

 

„Nie bójcie się...” „Nie bójcie się ludzi; „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało..; „Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”

 

D.BiS! Jakże wyraziste, konkretne i zdecydowane są słowa Chrystusa Pana skierowane dziś do każdego z nas. Słowa „nie bójcie się”  powtórzone przez niego aż 3 razy Chrystus wzywa Ciebie i mnie do odważnego świadczenia o Nim, o Bogu i Jego miłości w środowisku w którym żyjemy i jesteśmy. Wzywa do świadectwa, od  którego zależy tak wiele: autentyczność naszej wiary i miłości, rozwój Jezusowego Królestwa, a nawet nasze zbawienie. Wszak jednoznaczne jest Jego obietnica i Jego przestroga: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”.

„Nie bójcie się...” Dawanie świadectwa, niejednokrotnie wiąże się bojaźnią, z lękiem. Wiemy, że nie jest to łatwe, że często doświadczamy niezrozumienia a nawet prześladowania - jak prorok Jeremiasz w 1 czyt., - że nieraz boimy się o swoje „ciało” i jego zaszczyty zapominając, że „bez woli Ojca” nic się nie dzieje, „nawet włos na naszej głowie jest policzony i bez woli Ojca nie spada na ziemię”.  

Moi Drodzy, nie dziwimy się, że świadczenie o Chrystusie jest irytujące, denerwujące dla świata, bo jest dla niego często upomnieniem, wyrzutem sumienia i wezwaniem do zmiany życia, do nawrócenia. Dlatego świat próbuje niszczyć lub zamknąć usta każdemu, kto o Chrystusie świadczy. „Mnie prześladowano i was prześladować będą” – zapowiadał swoim uczniom Chrystus. Właśnie w tym kontekście Pan Jezus mówi kilkakrotnie to zdecydowane słowo: „Nie bójcie się”. Człowiek ma do wyboru: albo bać się Boga, albo ludzi. Jeśli boję się Boga, nie będę bał się ludzi, ich opinii, sądu. Jeśli nie boję się Boga, wówczas będę się bał człowieka, jak chorągiewka na wietrze starając się wszystkim przypodobać zależnie od „wiatrów” . Do nas należy wybór!

Bać się Boga tzn. kochać Go, zachowywać Jego przykazania i unikać wszystkiego, co Jemu się sprzeciwia; mieć na uwadze przede wszystkim Jego dobroć i miłość. Bo On chociaż jest Sędzią i Panem to przede wszystkim jest Ojcem, Miłością, Przyjacielem. Teraz jest nade wszystko Ojcem, a dopiero na końcu życia lub świata będzie Sędzią. Nie chcę Cię, Panie Boże, w jakikolwiek sposób urazić, dotknąć, znieważyć, bo Cię kocham. Na tym polega bojaźń Boża. Jeśli w taki sposób postępuję nie będę się bał ludzi. Będę składał świadectwo Jemu, głosił Jego chwałę, będę się zawsze przyznawał się do Jezusa. Natomiast, jeżeli nie ma we mnie bojaźni Bożej, jeżeli się z Nim nie liczę, zabraknie mi odwagi i wtedy będę się bał wszystkich ludzi, ich podstępów, słów, zachowań. Nie będę miał ochoty i właściwie nie będę w stanie składać świadectwa Jezusowi. To bardzo ważne, żeby ta świadomość w nas była. Świat chce nam zamknąć usta, niekiedy aż do zabicia ciała. „Bójmy się raczej tego,  który duszę i ciało potrafi zatracić w piekle”.

 Jeżeli chcę prawdziwie w moim życiu dawać świadectwo Jezusowi, z miłości ku Niemu, to muszę być przygotowany na atak, który dotknie mnie ze strony nawet  najbliżej ze mną spokrewnionych. Nie na darmo psalmista mówi: Dla braci moich stałem się obcym i cudzoziemcem dla synów mej matki  – bo te rzeczy rozgrywają się w naszych domach, w naszych rodzinach. „Matka stanie przeciw córce, a córka przeciw matce; ojciec przeciw synowi i syn przeciw ojcu” – zapowiadał Jezus. Mogę być szykanowany przez swoich najbliższych bo przyznaję się do Jezusa; może być wyśmiewany, posądzany o dewocję, o nienormalność: mąż przez żonę, żona przez męża; rodzic przez dziecko i dziecko przez rodzica. Jakże ważnym jest dla człowieka, który doznaje takich ataków ze strony swoich przyjaciół, krewnych, bliskich, żeby pamiętał, że wtedy atakowany jest sam Bóg, a nie człowiek – spadły na mnie obelgi złorzeczących Tobie - powie dziś Bóg w Swoim Słowie. Wtedy warto uświadomić sobie, że przez to mogę coś Bogu dać. Psalmista mówi: Dla Ciebie bowiem znoszę urąganie i hańba twarz mi okrywa.

„Nie bójcie się...” „Nie bójcie się ludzi; „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało..; „Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”

Umił. w Ch. B i S! Dobrze się składa, że Ewangelia o świadectwie i odwadze jest czytana w okresie rozpoczynających się wakacji, w czasie, kiedy ludzie wykorzystują swój coroczny wypoczynek. Jej treść stwarza bowiem możliwość zatrzymania się nad tak ważnym dziś aspektem naszego życia; nad wolnym czasem, nad wypoczynkiem, w którym także mamy być świadkami J. Ch-sa..

///Pewne opowiadanie głosi, że św. Jan Apostoł, kiedy był już w podeszłym wieku, często bawił się z oswojonym ptakiem. Odwiedził go pewnego razu jakiś myśliwy i głośno wyraził swoje zdziwienie, że Apostoł bawi się jak dziecko. Wówczas św. Jan zapytał go czemu swój łuk nosi nie napięty. „Łuk straciłby swoją siłę, gdyby był stale napięty" - odpowiedział myśliwy. „Podobnie jest również i z człowiekiem, który ma dużo pracy i trosk. Żeby się nie załamał pod ich ciężarem, powinien starać się wypoczywać, stosując jakieś godziwe rozrywki" - wyjaśnił Święty.

Wypoczynek nie jest luksusem przeznaczonym tylko dla bogatych, ale jest nieodzowną potrzebą każdego człowieka. Codzienne troski, wysiłki i napięcia wyczerpują człowieka. Przynajmniej na krótki czas trzeba oderwać się od codzien­ności, spojrzeć na siebie „z boku”, odprężyć się i zaczerpnąć nowych sił. Człowiek nie jest maszyną, dlatego od czasu do czasu potrzebuję świętego spokoju, gdyż nawet łuk, zbyt napięty pęka.

Wypoczynek nie jest wynalazkiem żadnego systemu społeczno- politycznego; ani kapitalizmu ani socjalizmu. Wprowadził go sam Bóg. Już Izraelici otrzymali od Boga w darze każdy siódmy dzień na modlitwę i odpoczynek. [{Dzień szabatu dla osobis­tego, rodzinnego, religijnego, moralnego, społecznego i narodowego życia Izraela oznaczał odpoczynek dla rąk, ubogacenie dla duszy, spotkanie z Bogiem i ze swymi najbliższymi, odnowę duchową i nabieranie nowych sił do dalszej pracy.Funkcja izraelskiej soboty przeszła obecnie na chrześcijańską niedzielę.}] Dzień ten jest właśnie dniem modlitwy i skupienia, dniem spotkania i przeżywania miłości oraz przyjaźni w rodzinie i w społe­czeństwie, dniem odpoczynku dla ciała, serca i umysłu./// Coroczny wypoczynek jest tylko przedłużeniem cotygodniowego odpoczynku, i tak właśnie powinien być przeżywany. Jest zasługą chrześcijaństwa to, że cały świat wprowadził wypoczynek cotygodniowy i roczny.

Chrystus nie chce, byśmy zabijali się swoją pracą. Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco"  - powie Apostołom. Przesadna, niewolnicza praca jest również grzechem, grzechem przeciw V przykazaniu „nie zabijaj”; podobnie zresztą  jak lenistwo przeciwko VII „nie kradnij” czyli nie żyj na koszt innych. Jezus radzi wszystkim: „Wypocznijcie nieco". Dajcie odpoczynek ciału i duszy. 

Ks. Jan Twardowski w wierszu „O spokój” pisze nieco ironizując /co rzadko mu się zdarza/:

„Modlą się o spokój duszy

wyciągają śmierć z ukrycia

a dusza tak jak serce

prosi o spokój za życia”

Trzeba jednak umieć po chrześcijańsku korzystać z czasu wypoczyn­ku, tak aby ciału dać odpocząć, a duszy nie zatracić. Uczeni twierdzą, że wkrótce największym problemem nie będzie praca, ale wypoczynek. Czas pracy będzie się wciąż skracał, a czas wypoczynku będzie się stale wydłużał. Jak więc wykorzystać /by/ wolny czas nie niszczył człowieka, jego energii, zdolności, ducha i moralności. Chrześcijanie muszą zważać na to, żeby odpoczynek i rozrywka nie były dla nich zgubą pod względem duchowym i moralnym. Czytamy w Piśmie św., jak król Dawid właśnie w czasie wypoczynku na swoim tarasie uległ pokusie do grzechu i stał się cudzołożnikiem i zabójcą człowieka.

Bardzo często chrześcijanin korzystając z wypoczynku i rozrywki zachowuje się tak, jak gdyby wcale nie był ochrzczony. Zachowuje się często tak, jak gdyby wysłał Boga na urlop, daleko od siebie, i wypoczywa bez Boga, czyniąc to, co mu podpowie jakaś szalona myśl.

Bardzo często podczas tygodniowego weekendu i rocznego urlopu wielu przestaje być chrześcijanami. Czas wypoczynku staje się czasem najbardziej szalonych i bezbożnych  przygód i grzechów. Wielu chrześcijan spędza ten czas bez Boga, bez modlitwy, bez Mszy św. i sakramentów świętych. Tracą wówczas nie tylko pieniądze, ale również dusze, pokój sumienia i szczęście. Bo przecież rana zawsze zostawia bliznę. Zapominamy często o tym, że czas wypoczynku nie został nam dany w tym celu, byśmy go trwonili na grzechy i szaleństwa. Zapominamy, że przykazania Boże obowiązują zarówno w domu, jak i w podróży, zarówno w pracy jak i w czasie wypoczynku, na dyskotece i dansingu, na spacerach i na plaży, słowem zawsze i wszędzie, wszakże w miłości nie ma przerwy ani urlopu.

Jak napisze pewien chrześcijański myśliciel: „Nie ma wakacji ani bezczynności dla świadków Chrystusa" (Fr. Desplaques). Chrześcijanin jest zawsze chrześcijaninem i świadkiem, zarówno w sobotę jak i w niedzielę, na wsi i w mieście, podczas czytania gazet i słuchania Ewangelii, podczas gry w piłkę i oglądania telewizji. Udając się na wypoczynek, nie wolno nam wysyłać Boga na urlop, ale powinniśmy wypoczywać razem z Nim. Dawajmy zatem odważnie bez leku świadectwo o Jezusie przez znak krzyża przed jedzeniem, przez modlitwę przed i po podróży, przez piątkową wstrzemięźliwość, przez niedzielną Mszę św. z Komunią św. i pamiętajmy, że dla Boga zawsze i wszędzie „jesteśmy ważniejsi niż wiele wróbli”. Oby On dla nas był równie ważny...także na urlopie... /Amen/

 

/Suplement/

Polski tekst słów Ojca Świętego: B XVI na Anioł Pański – 22 06 2008r.

 

Drodzy bracia i siostry, w Ewangelii dzisiejszej niedzieli znajdujemy dwa wezwania Jezusa: z jednej strony „nie bójcie się ludzi” i z drugiej „bójcie się” Boga (por. Mt 10,26.28). Tym samym zachęceni jesteśmy do refleksji nad różnicą, jaka istnieje między obawami człowieka a bojaźnią Bożą. Strach jest naturalnym wymiarem życia. Od dziecka doznajemy różnych postaci strachu, które okazują się potem wyimaginowane i rozwiewają się; pojawiają się potem inne, które mają konkretną podstawę w rzeczywistości: tym lękom należy stawić czoła i przezwyciężyć je ludzkim zaangażowaniem i pokładając ufność w Bogu. Występuje jeszcze, szczególnie dzisiaj, forma głębszego strachu, typu egzystencjalnego, który przeradza się czasem w niepokój: rodzi ją poczucie pustki, związanej z pewną kulturą przepojoną rozpowszechnionym teoretycznym i praktycznym nihilizmem.

 W obliczu rozległej i zróżnicowanej panoramy ludzkich lęków, Słowo Boże mówi wyraźnie: ten, kto „boi się” Boga, „nie zna strachu”. Bojaźń Boża, którą Pismo określa jako „zasadę prawdziwej mądrości”, pokrywa się z wiarą w Niego, ze świętym szacunkiem dla Jego władzy nad życiem i nad światem. Brak „bojaźni Bożej” równoznaczny jest z postawieniem się na Jego miejscu, z uważaniem siebie za panów dobra i zła, życia i śmierci. Ten natomiast, kto boi się Boga, odczuwa w sobie bezpieczeństwo, jakiego doznaje dziecko w ramionach swojej matki (por Ps 130,2): ten, kto boi się Boga, zachowuje spokój nawet wśród burz, ponieważ Bóg, jak objawił nam Jezus, jest Ojcem pełnym miłosierdzia i dobroci. Ten, kto Go miłuje, nie zna lęku: „W miłości nie ma lęku – pisze apostoł Jan – lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1 J 4, 18). Wierzący nie czuje więc strachu przed niczym, ponieważ wie, że jest w rękach Boga, wie, że ostatnie słowo nie należy do zła i tego, co irracjonalne, lecz że jedynym Panem świata i życia jest Chrystus, wcielone Słowo Boga, który tak nas umiłował, że siebie samego poświęcił, umierając na krzyżu za nasze zbawienie.

 Im bardziej wzrastamy w tej zażyłości z Bogiem, przepojonej miłością, tym łatwiej pokonujemy wszelką postać strachu. W dzisiejszej Ewangelii Jezus wielokrotnie powtarza wezwanie, aby się nie bać. Uspokaja nas, jak to uczynił wobec Apostołów, jak to uczynił ze św. Pawłem, ukazując mu się w nocnym widzeniu, w szczególnie trudnej chwili jego przepowiadania: „Przestań się lękać – powiedział doń – a przemawiaj i nie milcz, bo Ja jestem z tobą” (Dz 18,9). Silny obecnością Chrystusa i pokrzepiony Jego miłością, nie lękał się nawet męczeństwa Apostoł Narodów, którego dwutysięczną rocznicę narodzin będziemy niebawem świętować podczas specjalnego roku jubileuszowego. Oby to wielkie wydarzenie duchowe i duszpasterskie wzbudziło także w nas odnowioną ufność w Jezusa Chrystusa, który wzywa nas do głoszenia i świadczenia o Jego Ewangelii, niczego się nie obawiając.

 Zachęcam was zatem, drodzy bracia i siostry, do przygotowania się do obchodzenia z wiarą Roku św. Pawła, który, jeśli Bóg pozwoli, otworzę uroczyście w najbliższą sobotę o godz. 18 w bazylice św. Pawła za Murami, podczas Pierwszych Nieszporów uroczystości świętych Piotra i Pawła. Zawierzmy już teraz tę wielką inicjatywę Kościoła wstawiennictwu św. Pawła oraz Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów i Matce Chrystusa, źródła naszej radości i naszego pokoju. 

Do góry

***

13 niedz zw r. A ( Mt 10,37-42) Kto może być uczniem Chrystusa? Ks. A Papież

„Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je znajdzie”. (Mt 10,39).

Umił. w Ch. B i Ś. ! Błażej Pascal - wybitny francuski matematyk i fizyk, twórca rachunku prawdopodobieństwa, a zarazem genialny pisarz, filozof i apologeta chrześcijaństwa, mówił m.in., że największą cnotą chrześcijanina jest nienawidzieć siebie, a w serce ludzkie wprowadzić jedyny przedmiot miłości - samego Boga. „Nienawidzieć siebie a kochać Boga" – to hasło, które streszcza powyższą jego myśl. Ten wielki myśliciel francuski niewątpliwie wziął to hasło z dzisiejszej Ewangelii. Jego bowiem hasło jest niczym innym, jak tylko parafrazą słów Chrystusa: „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je znajdzie”. (Mt 10,39).

S i B. Słowa dzisiejszej Ewangelii „Kto chce znaleźć swe życie, straci je" w interpretacji Jezusa znaczą tyle co „żyć tylko dla tego życia”. To za wszelką cenę chcieć żyć tylko wygodnie, egoistycznie, samolubnie, nie licząc się z nikim i niczym, żyć bez oglądania się na przyszłość. Takie życie, w rozumieniu Chrystusa ostatecznie jest życiem przegranym, nic nie dającym człowiekowi. Jeżeli natomiast ktoś żyje w umartwieniu, w zaparciu się siebie, jeśli służy bliźnim, ten naśladuje Jezusa i dlatego pozornie, tu na ziemi, przegrywa, jednak zyskuje dużo dla wieczności. Chrystus zachęca nas w dzisiejszej Ewangelii, byśmy Go w naszym życiu naśladowali zarabiając na wieczność. Naśladowanie to ma iść w kierunku większej miłości Boga. Więcej kochać Boga! - to zasadnicze Jezusowe wymaganie.

Umiłowani! Chrystus mówiąc, że „kto miłuje bardziej ojca i matkę niż mnie, nie jest go godzien", nie przekreśla miłości rodziców, ani w ogóle miłości bliźniego. Sam przecież zaznaczył, że te dwa przykazania, nierozdzielnie się ze sobą łączą. Trzeba kochać i Boga i bliźniego. Żąda tylko wyważania proporcji, odwrócenia ich. Boga trzeba kochać bez miary, ze wszystkich sił, zaś człowieka ze względu na Boga. Nic - nawet człowieka - nie możemy postawić ponad Bogiem. Chrystusowi chodzi tu o - często zachwianych przez nas - proporcji. Zawsze, we wszystkim, Bóg w naszym życiu powinien być pierwszy. Jezus dając to zalecenie wcale nie przekreśla miłości człowieka. Nikt tak jak On nie kochał ludzi. Dla ludzi się narodził, dla ludzi cierpiał i dla ludzi umarł. Bardzo często patrząc na nędzę ludzką mawiał: „Żal mi tego ludu", przyjaciela swego, Łazarza tak kochał, że aż płakał nad Jego grobem. Ale zawsze, gdy trzeba było wybrać między Bogiem i ludźmi, opowiadał się po stronie Boga, swego Niebieskiego Ojca. Raz nawet wprost postawił Go wyżej niż własną matkę, gdy jako 12 letni chłopiec po zagubieniu się w świątyni powiedział: „czy nie wiedzieliście, ze powinienem być w tym, co należy do mego Ojca”. I dziś nam właśnie zaleca taką formę miłości. Chce nas przez to nauczyć jednej rzeczy, że dobrze pojęta i praktykowana miłość Boga porządkuje i rzutuje na wszelką inną miłość. Jeśli w tej innej miłości nie ma Boga, to jego zdaniem, nie jest to miłość. Może nam się tylko wydawać, że kochamy, a my nie kochamy wcale, albo kochamy tylko siebie. To stwierdzenie Chrystusa o miłowaniu więcej Boga niż ludzi jest jakby skierowane do nas, do ludzi XXI wieku, do czasów, w których miłość w ogóle straciła na wartości, jak traci dziś na wartości z dnia na dzień baryłka ropy. Idąc dziś za wezwaniem Chrystusa, zacznijmy praktykować taką heroiczną miłość, bo tylko ona może uzdrowić i uporządkować zagubiony współczesny świat.

Przykładem takiej właśnie miłości Boga i człowieka mogą być święci i błogosławieni, których Kościół stawia nam ciągle jako wzór do naśladowania i jako dowód na to, że mimo wszystko można. Zobaczmy na przykład tych beatyfikowanych kilka dni temu w Warszawie:

- Bł. ks. Ignacy Kłopotowski jako wykładowca i profesor seminarium duchownego w Lublinie w pracy duszpasterskiej bardzo często spotykał się z moralną i materialną nędzą, bezrobociem i zacofaniem. Dlatego z miłości do Boga był opiekunem ludzi: ubogich i chorych, wydawał prasę katolicką, a w końcu założył Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Loretańskiej.

- Bł. Bronisław Markiewicz żyjący na przełomie XIX i XX wieku kapłan, był założycielem zgromadzeń zakonnych, proboszczem, wychowawcą, społecznikiem, publicystą. A także mistykiem, który wyjątkowo wnikliwie opisywał swoje czasy i prorokiem, bezbłędnie przewidującym przyszłe wydarzenia - dechrystianizację Europy, wielkie rewolucje, konflikty militarne.

Gdy po powrocie z Włoch, gdzie spotkał się ze św. Janem Bosko i poznał zakłady prowadzone przez salezjanów, został proboszczem parafii w Miejscu Piastowym pod Krosnem przeszczepił dzieło wielkiego wychowawcy młodzieży na rodzimy grunt zakładając szkoły dla młodych, których wtedy brakowało. Dał się poznać jako doskonały duszpasterz, charyzmatyczny spowiednik i doskonały organizator. Ostatecznie ks. Markiewicz chciał, by nowemu zakonowi, nowej rodzinie duchowej którą założył, patronował św. Michał Archanioł – „gdyż – jak mawiał - to on dowodzi niebieskim zastępom w walce z siłami zła i ciemności o dusze dzieci i młodzieży. Zakon ten nazwa się wiec Zgromadzeniem Księży Michalitów.

- i bliski nam, zartówno czasowo i jak i geograficznie - Bł. ks. Władysław Findysz, pierwszy polski męczennik za wiarę okresu komunizmu. Był ofiarnym i bezkompromisowym proboszczem w Nowym Żmigrodzie na Podkarpaciu, prześladowanym przez władze komunistyczne za tzw. "łamanie wolności sumienia i wyznania".

W czasie niemieckiej okupacji pomagał m.in. okolicznym Żydom w ucieczce na Węgry. Wystawiał im odpowiednie świadectwa i dawał wyposażenie na drogę. Kiedy we wrześniu 1944 roku na miasteczko spadły radzieckie bomby, udzielił mieszkańcom schronienia w kościele, za co na pewien czas został wysiedlony z parafii. Wiele wysiłku wkładał w walkę z głodem, jaki zapanował po przejściu frontu. W czasie, gdy władze komunistyczne przesiedlały ludność łemkowską w ramach akcji "Wisła", ustrzegł wielu parafian, którym groziła przymusowa deportacja.

Dla władzy ludowej od samego początku był podejrzany. Jak każdy duchowny miał przyporządkowaną teczkę ewidencji operacyjnej kleru. Zapisano w niej, że Findysz "od wyzwolenia wrogo występował przeciwko ustrojowi PRL". Funkcjonariusze określali jego charakter jako "wybuchowy, usiłujący narzucić innym swoją wolę. Nie znosi sprzeciwów. Prowadzi ascetyczny tryb życia i usiłuje go narzucać innym" - jak donosili konfidenci bezpieki. Został aresztowany 25 listopada ’63 r. i osadzony na Zamku w Rzeszowie. Był w tym czasie już poważnie chory. We wrześniu przeszedł operację tarczycy, a przed świętami Bożego Narodzenia miał poddać się operacji przełyku. Ks. Findysz został jednak oskarżony i 17 grudnia zapadł wyrok: 2,5 roku więzienia za złamanie postanowień dekretu o ochronie i wolności sumienia i wyznania.

Nie dopatrzono się okoliczności łagodzących. Ks. Findysz trafił do więzienia, ponieważ - zdaniem sądu - stopień społecznego niebezpieczeństwa czynu oskarżonego był znaczny. Przed Bożym Narodzeniem 1963 r. ks. Findysz nie zdołał poddać się koniecznej operacji. Potem było już za późno.

W lutym 1964 r., kiedy wyniszczony na zdrowiu ksiądz stanął przed komisją lekarską w więzieniu na Montelupich w Krakowie, okazało się, że choroba stała się śmiertelna. Lekarze stwierdzili: rak przełyku i żołądka. Wyniszczony fizycznie i psychicznie został 29 lutego zwolniony z więzienia. Parafianie twierdzili, że kiedy powrócił do Nowego Żmigrodu, trudno w nim rozpoznać dawnego człowieka. Badania lekarskie we Wrocławiu w czerwcu potwierdziły terminalny stan chorego. Komisja szpitala więziennego orzekła, że "rak już się nie kwalifikuje do zabiegu operacyjnego".

Ks. Findysz zmarł w Nowym Żmigrodzie 21 sierpnia 1964 r. w opinii świętości. Od 2000 roku mieszkańcy parafii i duchowni zaczęli czynić starania o jego beatyfikację. Proces diecezjalny w Rzeszowie zakończył się w 2002 roku. W 2004 r. w Rzymie orzeczono, że poniósł śmierć z powodu cierpień zadanych mu w więzieniu z motywu "nienawiści do wiary". Jan Paweł II potwierdził swoim autorytetem jego męczeństwo za wiarę. Bł. ks. Władysław Findysz jest pierwszym męczennikiem czasów komunistycznych w Polsce i pierwszym beatyfikowanym w powstałej w 1992 roku – jakże bliskiej nam - diecezji rzeszowskiej. To tylko przykłady Można by je w nieskończoność mnożyć. Także w naszym środowisku da się je na szczęście zauważyć. Bo .

„Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je znajdzie” - a czy ja trzymam się tego kurczowo tego życia????

Wprowadzenie.

Nie ulega wątpliwości, że życie Jezusa Chrystusa stanowiło dawniej i stanowi dziś dla nas jednoznaczny wzór do naśladowania. Nie jest jednak łatwą rzeczą w pełni przyjąć i wcielić w życie Jezusowe wymagania. Czasami przybierają one formę paradoksu, jak na to wskazuje choćby dzisiejsza Ewangelia. Jezus np. każe więcej kochać siebie niż ojca i matkę, bardziej miłować Jego niż syna i córkę. Każe pogardzać swoim życiem, z Jego powodu by później w Nim odnaleźć. Jak rozumieć te Jezusowe wymagania? Trzeba przede wszystkim odczytać je przez pryzmat naczelnych haseł Jezusowego nauczania. A jest nim nadprzyrodzona miłość Boga, która jest pierwszym i najważniejszym przykazaniem. Dzisiejsze czytania mszalne mają nas utwierdzić w przekonaniu, że nie ma nic ważniejszego w życiu chrześcijanina niż miłość Boga.

Przeprośmy dziś Boga za brak tej miłości, abyśmy mogli godnie uczestniczyć w Najśw. Ofierze Mszy św.

3. Drugim wymaganiem Jezusa jest: ukochać krzyż! Dlatego oświadczył: Kto nie bierze swego krzyża i nie idzie za mną, nie jest mnie godzien (w.38). Współcześni Jezusowi ludzie, słuchający Go wiedzieli dobrze, co to jest krzyż. Okupujący Ziemię Świętą Rzymianie bardzo często skazywali ludzi na śmierć krzyżową. Historyk żydowski Józef Flawiusz opisuje, że po zburzeniu Jerozolimy w 70 r. po Chr. Rzymianie ukrzyżowali tylu Żydów, że zabrakło nawet drzew w Palestynie na krzyżowanie jeńców. Śmierć na krzyżu należała do najstraszniej-szej i nabardziej poniżającej godność ludzką śmierci.

Jeśli dziś Chrystus zaleca swoim uczniom, by naśladowali Go biorąc swój krzyż, to pragnie przez to powiedzieć, że chrześcijanin, wyznawca Chrystusa powinien być w życiu zdecydowany na wszystko, nawet na męczeństwo. Powinien przy tym pamiętać, że decydując się na to, nie idzie przez życie samotny. Zawsze jest przy nim ukrzyżowany i zmartwychwstały Chrystus.

Krzyż oznacza tu także wszelkiego rodzaju choroby, cierpienia, życiowe udręki, które czasami są gorsze od samej śmierci na krzyżu. One nieraz ciągną się latami, podczas gdy śmierć krzyżowa trwa zwykle krótko. Krzyż symbolizuje tu każde ludzkie cierpienie. Chrystus wymaga od swoich uczniów, by z poddaniem się woli bożej znosili wszelkie cierpienia, ponieważ On stoi za nami i pragnie nam ulżyć w tych cierpieniach.

Moi Drodzy! Nie lękajmy się krzyża. Od momentu kiedy na nim umarł Chrystus, krzyż nie jest klęską, ostateczną przegraną, ale krzyż jest zwycięstwem Pamiętajmy o tym, że za każdym naszym życiowym krzyżem stoi Chrystus, On nam pomaga nieść krzyż, co więcej, On go razem z nami niesie.

4. Zakończenie. Msza św., w której obecnie uczestniczymy, przypomina i krzyż Chrystusa. Ona uczy nas jednej prawdy, że przez krzyż człowiek się udoskonala i upodabnia do Chrystusa. Do tego Chrystusa, o którym mówimy } naszym wyznaniu wiary, że „ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, ale trzeciego dnia zmartwychwstał". W tych słowach jest złożona cała nasza nadzieja. Chrystus nie pozwoli umrzeć swoim uczniom, którzy z poddaniem się woli Bożej niosą swoje krzyże życia. Oni zmartwychwstaną! Jeśli do nich należymy, także i my zmartwychwstaniemy. Amen.

Do góry

***

15 niedz zw r. A ( Mt 13,1-23) Ziarno słów Jezusa Chrystusa! Ks. A Papież

„I mówił ... wiele w przypowieściach (...) Kto ma uszy niechaj słucha”.

Umił. w Ch. B i Ś.! Po wysłuchaniu dzisiejszej Ewangelii śmiało możemy stwierdzić, że nie ma na świecie innej nauki, która by była tak prosta i tak zrozumiała, tak jasna i jednoznaczna, jak nauka Jezusa Chrystusa. I chociaż jest ona bardzo obrazowa, konkretna i wchodząca w codzienne życie, to jest także bardzo specyficzna. Na jej poparcie, na poparcie jej wielkości i prawdziwości w Ewangelii św. Jana Chrystus przytacza jedno zdanie. A brzmi ono tak: „nauka moja nie jest moja, ale tego, który mnie posłał (J 14,24).

Widzimy w dzisiejszej Ewangelii, że tej Jego boskiej nauki przychodzą słuchać wielkie tłumy! Warto sobie uświadomić tę prawdę, że ci, którzy 2 tysiące lat temu słuchali nauk Jezusa wcale nie byli w lepszym położeniu niż my, mimo że przecież słuchali Jezusa bezpośrednio. My dziś, te słowa odczytujemy z perspektywy już 20-tu wieków, ze świadomością wszystkich zbawczych wydarzeń, które spotkały Jezus. Oni mogli słuchać Jezusa w jednym miejscu, chwytając Jego mowy tylko w urywkach, a my dziś, rozrzuceni po całym ziemskim globie, mamy do dyspozycji całe Pismo św., możemy je czytać codziennie i w każdej chwili konfrontować jego treść z naszym życiem.

„I mówił... wiele w przypowieściach (...) Kto ma uszy niechaj słucha”.

Bracia i Siostry. Wartość Chrystusowych słów pochodzących od Ojca, w sposób bardzo obrazowy, przedstawia nam dzisiejsze 1 czyt. Słowo Boże „podobnie jak ulewa i deszcze nie wraca do Boga bezowocnie; nie użyźniając gleby naszych serc i nie spełniając pomyślnie swego posłannictwa”. I tak rzeczywiście jest. Chociaż czasem niewiele zapamiętujemy ze słuchanego czy czytanego Słowa Bożego, to ono i tak dokonuje w nas tego co Bóg zamierzył. Ważne byśmy ciągle podejmowali wysiłek jego zgłębiania. Dobrze to obrazuje pewna historia, którą może niektórzy z nas już słyszeli. Do św. Augustyna przyszedł pewnego dnia rozżalony pobożny człowiek. Kłopot sprawiało mu słuchanie Słowa Bożego. Żalił się bowiem, że jako uczciwy katolik bierze czynny udział w każdej niedzielnej Mszy św. a podczas niej także w Liturgii Słowa. Niewiele jednak z tego Słowa Bożego zapamiętuje. Św. niewiele się zastanawiając zaproponował mu pewien pouczający eksperyment. Kazał mu wziąć zabrudzone sito i nanieść w nim wody zaczerpniętej z morza. Miał to czynić wytrwale i konsekwentnie aż do skutku. Gdy po wielu próbach rozżalony i smutny wrócił do świętego to św. Augustyn pokazał mu rezultat jego wysiłków. Chociaż wody w sicie nie zdołał rzeczywiście nanieść, to jednak zabrudzone sito się oczyściło. Woda spełniła swoje posłannictwo. Podobnie jest z glebą naszych umysłów i serc, w którą zasiewamy Słowo Boże, jak siewca zasiewa ziarno w glebę ziemi. I chociaż czasami niewiele z tego zatrzymamy, przeniesiemy i zapamiętamy, to zawsze jednak skonfrontujemy to Słowo z naszym życiem i nim nasze umysły i serca oczyścimy, spulchnimy, przygotujemy, aby następnie, nawet niezauważalnie, wydać plon 30-tokrotny, 60-ciokrotny czy stokrotny. Bo nasze umysły i serca potrzebują pożywki, ziarna, strawy. Jeśli je będziemy karmić tylko tym co daje świat – będziemy tylko światowi, a jeżeli tym co daje Chrystus - Chrystusowi. „Kto jest przyjacielem świata - powie On - ten jest nieprzyjacielem Boga”. Bo to co daje świat, chociaż łatwiej się przyswaja, jest bardziej świecące i kolorowe, to jednak trwa krótko i często niestety prowadzi do rozczarowania. To natomiast co daje Chrystus, chociaż nieraz bardziej wymagające, trwa na wieki i nikt nam tego nie odbierze. Bo: „Nie tak jak daje świat ja wam daję” – powie.

W tym kontekście zapytajmy siebie ile i jak przyjmujemy słowa płynące z odbiornika telewizyjnego, radiowego czy widoczne na stronicy codziennej gazety lub internetowego portalu. Ile czasu nasze dzieci karmią się prymitywnymi zabawami nie przynoszącymi żadnych pozytywnych wartości. I pamiętajmy, że popełniamy grzech, gdy karmimy się czymś co niszczy nasza wrażliwości, czystość czy religijność, gdy się potocznie mówiąc zaśmiecamy. / Kod L da Winci i kolęda – dlaczego nie?? / / reklama ciuchów z Ostatnia wieczerzą / ?wyborcza o rozwodach w kościele/ /dowcip o M. Boskiej/

„I mówił ... wiele w przypowieściach (...) Kto ma uszy niechaj słucha”.

Umił. w Ch. B i Ś.! W przypowieści o siewcy, którą wysłuchaliśmy w tę wakacyjną niedzielę, warto dostrzec jeszcze jedną ciekawą, dotyczącą każdego z nas, prawdę. Widzimy w niej, że ptaki zniszczyły jedne ziarna, słońce z powodu braku korzeni spaliło inne, ciernie zagłuszyły trzecie, natomiast czwarte wydały owoc nawet stokrotny. Z tej obrazowej, prostej nauki Jezusa poznajemy coś z tajemnicy strategii Boga. Stwórca godzi się na to, by wiele ziaren zostało zniszczonych, ponieważ z jednego, wypielęgnowanego aż do żniwa, wysypie się sto innych ziaren. Zło musi rozpoczynać niszczenie od nowa, mając przed sobą jeszcze trudniejsze zadanie.

Dotykamy tu sekretu chrześcijańskiego optymizmu. Bóg daje natchnienia i karmi nas Słowem niezależnie od tego na ile jesteśmy w stanie je przyjąć i spożytkować. Jeżeli ktoś z nas otworzy się na Boga i Jego Słowo wyda w swoim życiu owoc obfity. Zrekompensuje 30-sto, 60-cio, lub stokrotnie straty innych. Jeśli nawet zło go dosięgnie, gdy kłos jego serca będzie już pełne, wysypie się z niego nowe cenne ziarno, które w następnym pokoleniu będzie owocowało na ziemi. Dlatego Chrystus i Jego Kościół nie załamuje się, ale idzie i głosi. I mówił ... wiele w przypowieściach (...) Kto ma uszy niechaj słucha”. Am

Komentarz

O Panie, spraw, aby oczy nasze widziały i uszy słyszały (Mt 13, 16)

Moc i skuteczność słowa Bożego są głównym tematem dzisiejszej liturgii.,, Podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju... - mówi Pan - tak słowo, które wychodzi z ust moich: nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem"(Iz 55, 10-11; I czytanie). Słowo Boże sprawia zawsze to, co wyraża: wystarczyło jedno "fiat - niech się stanie", by powołać z nicości cały wszechświat i dać życie wszystkim stworzeniom. Kiedy człowiek, zamiast odpowiedzieć z miłością na słowo stwórcze, zbuntował się, wtedy inne słowo, obietnica Zbawiciela, powtarzane w ciągu wieków w najrozmaitszy sposób, zapewniło mu zbawienie i skierowało do Boga. Kiedy nadeszła pełnia czasów, Bóg nie posyłał już do ludzi prostych słów, lecz swoje Słowo przedwieczne. Słowo przyjęło naturę ludzką, stało się ciałem, zostało nazwane Jezusem Chrystusem i. Przyszło zasiać w sercu ludzi słowo Boże. To jest właśnie temat przypowieści o siewcy, którą czytamy w dzisiejszej Ewangelii (Mt 13, 1-23). "Siewcą, który wyszedł siać" (tamże 3), jest właśnie Jezus, a ziarnem, które sieje, "jest słowo Boże" (Łk 8, 11), jakie On - Słowo nie stworzone - posiada w samym sobie i przekazuje ludziom w języku ludzkim. Słowo Jego zatem ma moc i skuteczność boską, jest najbardziej płodnym ziarnem zdolnym wydać zbawienie, świętość, życie wieczne. A jednak - głosi przypowieść - to samo ziarno w jednej ziemi wydaje obfite owoce, a w innych zgoła nic. Na tym polega tajemnica
wolności człowieka wobec darów Boga. Jezus wszędzie sieje słowo: nie
odmawia go nawet grzesznikom zatwardziałym, ludziom powierzchownym
i roztargnionym, oddającym się całkowicie przyjemnościom lub
zajmującym się tylko doczesnymi sprawami, ludziom przyrównanym
w przypowieści do drogi wydeptanej, do gruntu kamienistego lub
ciernistego. Oto wielkie miłosierdzie Pana! W porządku duchowym,
istotnie, nawet "kamienie mogą się zmienić i stać się ziemią
urodzajną, a wydeptana droga może przestać być deptaną i otwartą dla
wszystkich przechodniów, przemieniając się w urodzajne pole. Nawet
ciernie mogą zniknąć, by pozwolić rosnąć i owocować z całą swobodą
posianemu ziarnu". Jeśli taka przemiana nie dokona się we wszystkich,
"wina nie będzie siewcy, lecz tych, którzy nie chcieli zmienić życia"
(św. Jan Chryzostom). Straszliwa rzecz, lecz prawdziwa: człowiek może
zamknąć się na słowo Boga, odrzucić je, a więc sam z siebie uczynić
je nieskutecznym. Wówczas słowo obróci gdzie indziej swoją płodność,
powodując nadzwyczajną obfitość owoców zrodzonych "w ziemi dobrej",
czyli w tym, kto "słucha słowa i rozumie je" (Mt 13, 23), a w końcu
wykonuje. Również w nich owoc nie będzie jednaki, lecz proporcjonalny
do usposobienia każdego: "jeden stokrotny, drugi
sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny" (tamże). Dlatego Jezus,
zanim wyjaśnił przypowieść, przypomniał uczniom to, co powiedział
Izajasz swoim współczesnym: "stwardniało serce tego ludu, ich uszy
stępiały i oczy swe zamknęli, żeby... swym sercem nie rozumieli
i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił" (tamże 15). Jest więc nad czym
zastanawiać się i prosić, aby łaska Boża zachowała wierzących od
takiej zatwardziałości. Ale też na pewno człowiek słuchający z dobrą
wolą słowa Bożego, osiągnie zeń owoc i będzie zażywał szczęśliwości
zapowiedzianej przez Pana: "Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy
wasze, że słyszą" (tamże 16).

- "Oto siewca wyszedł siać". Skąd wyszedłeś lub jak wyszedłeś, Panie,
Ty, który jesteś obecny wszędzie i wszystko napełniasz? Kiedy
zbliżyłeś się do nas, wcielając się, niewątpliwie nie uczyniłeś tego
przenosząc się z jednego miejsca na drugie, lecz przyjmując naturę
ludzką i nawiązując - łączność i nową styczność z nami. Ponieważ
my nie mogliśmy wejść tam, gdzie Bóg mieszka, bo grzechy nasze
stanowiły jakby mur zagradzający nam drogę, Ty sam przyszedłeś, by
uprawiać i pielęgnować tę ziemię i zasiać w niej słowo cnoty
i miłości...

O Jezu, Ty ofiarujesz wszystkim wspaniałomyślnie swoje słowo i swoją
naukę. Jak siewca nie robi różnicy wobec ziemi, na której pracuje,
lecz rzuca po prostu wszędzie, tak i Ty, głosząc słowo, nie czynisz
różnicy między bogatym i biednym, mądrym, nieuczonym, człowiekiem
gorliwym a leniwym, odważnym a małodusznym, lecz mówisz do
wszystkich bez różnicy.

Spraw, o Panie, abym słuchał z uwagą i przypominał sobie wytrwale
Twoją naukę i wykonywał ją mężnie i pilnie, gardząc bogactwami
i oddalając się od wszystkich niepokojów życia światowego... Spraw,
abym umocnił się pod każdym względem i rozważał Twoje słowa,
zapuszczając głęboko korzenie i oczyszczając się ze wszystkich
przywiązań światowych (św. Jan Chryzostom).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. II, str. 387

Do góry

***

XX Niedz. zw. – r. A – Tarnowiec, 2002

„Dives in misericordia” – „Bóg bogaty w miłosierdzie”

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry! Zgromadziliśmy się dziś wokół Chrystusowego ołtarza w bardzo ciekawym kontekście historycznym. Jesteśmy świadkami doniosłego wydarzenia dla całego Kościoła i całego świata. Przypomina nam o nim ta dekoracja ustawiona w prezbiterium, na której widnieją słowa, których treść pokazywana jest przez dziesiątki stacji telewizyjnych i wypowiadana przez miliony ludzi na całym świecie. Również my, uczestnicy tej niedzielnej liturgii, nie możemy przejść nad nimi obojętnie. Tym bardziej nie możemy ich nie zauważyć, gdy słyszymy dziś w 2-im czytaniu, liczącym tylko 5 zdań, aż 4 razy słowo „miłosierdzie”. Słowo to przypomina nam, w kontekście swojej 9 -tej pielgrzymki do Polski Ojciec św. Jan Paweł II, którego wizerunek stanowi centralną część naszej dekoracji.

Dives in misericordia est – Bóg jest bogaty w miłosierdzie!

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry! Prawdę tę, na początku XXI wieku, dopiero rozpoczętego, a już tak bardzo nacechowanego terroryzmem, niesprawiedliwością i wyrachowaniem, przypomina Kościołowi i światu nasz Wielki Duszpasterz. Czyni to poprzez słowa, w których ukazuje moc i wartość tego wielkiego przymiotu Boga, wzywając przy tym, aby tę cechę Boga naśladował, jeśli chce zaznać pokoju serca, człowiek szczególnie w życiu politycznym i społecznym. Prawdę tę przypomina również poprzez czyny, gdy konsekruje uroczyście, w obecności dziesiątek tysięcy ludzi, Bazylikę Bożego Miłosierdzia, przypominając przy tym słowa Chrystusa, że to „stąd właśnie wyjdzie iskra przygotowująca świat na ostateczne Jego przejście” i wzywając, aby tę iskrę rozdmuchiwać i zamieniać w ogień. Wszyscy zresztą jesteśmy tego świadkami.

„Bóg bogaty w miłosierdzie”. Drodzy Bracia i Siostry! Wypada dziś wspomnieć także, że słowa te przypomniała nam na początku XX wieku prosta zakonnica – siostra Faustyna Kowalska. Uczyniła to (także) poprzez słowa, które na polecenie swojego spowiednika spisała w tym oto „Dzienniczku”. I chociaż ukończyła tylko 3 klasy szkoły podstawowej i była osobą niewykształconą, dzieło to uchodzi za dzieło literatury światowej w dziedzinie mistyki. Warto, zatem po nie sięgnąć, chociażby z tego względu, że wiele tekstów tam umieszczonych pochodzi wprost od samego Jezusa, a wiele z nich tworzy tak znane nabożeństwa jak, litania, nowenna czy koronka do Miłosierdzia Bożego. Prawdę o miłosierdziu bożym przypomniała światu siostra Faustyna również poprzez czyny, dzięki którym powstał obraz Jezusa Miłosiernego, który wisi i w naszym kościele, i zostało wprowadzone w całym Kościele Powszechnym, w 1-szą niedzielę po Wielkanocy, Święto Bożego Miłosierdzia. Ciekawie o tym wszystkim opowiada film Jerzego Łukaszewicza, zatytułowany „Faustyna”.

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry! „Bóg bogaty w miłosierdzie”. Tę prawdę przypominają nam, zgromadzonym dzisiaj w tej świątyni, słowa, które przed chwilą Bóg skierował do każdego z nas. Oto Bóg w czasach proroka Izajasza okazuje miłosierdzie „cudzoziemcom” i przyjmuje ich do domu modlitwy. Św. Paweł zaś, jak słyszeliśmy w 2-im czytaniu zapewnia nas, „iż dary Boże są nieodwołalne” i udawadnia, że Bóg „wszystkim – zarówno cudzoziemcom czyli poganom, jak i żydom okazał miłosierdzie”. Z kolei Jezus w dzisiejszym fragmencie Ewangelii to miłosierdzie czyni i to kobiecie powszechnie uważanej, z racji swojego pochodzenia, za straconą.

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry! Dives in misericordia est – Bóg jest bogaty w miłosierdzie! Jaki z tego wniosek? Czy zatem grzeszmy? Bóg jest miłosierny. Musi więc nam przecież przebaczyć! On nie ma innego wyjścia. Przebaczenie grzechów człowiekowi jest bowiem podstawowym i najistotniejszym przejawem Jego miłosierdzia. Jeśli by go nie okazał, to przeczyłby sam sobie, poddawał w wątpliwość swoje ojcostwo! Natomiast Jezus, raz po raz akcentujący w Ewangelii miłosierdzie Ojca, okazałby się zwodzicielem i kłamcą! A zatem grzeszmy. Tak sądzi wcale niemała liczba chrześcijan! I grzeszy.

I swym miłosierdziem Bóg obejmuje wszystkich bez wyjątku. Chce go udzielić każdemu. Jest niezmienny w tym postanowieniu... Ono jest charakterystyczną cechą Jego charakteru. Warto jednak wiedzieć, że nie wszyscy pragną Jego miłosierdzia. Nie wszyscy też z potrzebujących są zdolni je przyjąć! Aby doświadczyć miłosierdzia Bożego trzeba spełnić kilka warunków. Wymieńmy dziś - w tak wyjątkowej chwili - trzy podstawowe spośród nich.

Maryja, matka Jezusa, w hymnie Magnificat mówi o Bogu: „Święte jest imię Jego, a swoje miłosierdzie zachowuje dla tych, co się go boją". Ta odważna kobieta wie, że miłosierdzie Boga, choć przygotowane dla wszystkich, dostępne jest jedynie dla tych, którzy się go „boją"! Boją, czyli Mu ufają i Go szanują - okazując posłuszeństwo. A zatem wykluczają się spod jego działania ci, którzy w sposób zamierzony i świadomy lekceważą Ojca z nieba! Potrzeba odwagi, by „bać się" Boga. Prawda ta stanowi pierwszy warunek.

Drugim jest nawrócenie. Chrystus okazywał miłosierdzie ludziom dopiero wówczas, gdy decydowali się na nawrócenie. Stanowczo zrywali z myśleniem według reguł świata zła i podejmowali myślenie według bożych przykazań i błogosławieństw, l natychmiast podejmowali żmudny wysiłek dostosowania swego postępowania do uznanych za swoje boskich reguł. Dowodzi tego na kartach Ewangelii historia życia apostołów Piotra czy Mateusza, celnika Zacheusza, Chrystusowego towarzysza w krzyżowej męce - nieznanego z imienia przestępcy - czczonego dziś w kościele pod imieniem „Dobrego Łotra" i wielu innych postaci. Nawrócenie wymaga jednak niebagatelnej odwagi.

Najtrudniejszy do spełnienia jest chyba trzeci warunek dostąpienia miłosierdzia od Boga. Wyraził go Jezus w jednym z ośmiu błogosławieństw przekazanych w Kazaniu na Górze. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5, 7). Wymaganie jest oczywiste. Miłosierdzia od Boga dostępują jedynie ci, którzy są miłosierni wobec drugich. Jeśli je okażą bliźnim, sami otrzymają je od Najwyższego. Jeśli nie okażą, to nie otrzymają. Jest to żelazna reguła. Bóg nie odstępuje od niej w żadnych okolicznościach. Dlatego Jezus w najdoskonalszej modlitwie Ojcze nasz zawarł prośbę, którą od dwóch tysięcy lat powtarzają codziennie, nieraz wielokrotnie, miliardy ludzi na ziemi: Ojcze nasz, odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom... Niewątpliwie trzeba odwagi, by uznawszy się za winowajcę przed Bogiem okazywać miłosierdzie tym, którzy nam zawinili.

Sprawując tutaj, na ziemi. Najświętszą Ofiarę zostajemy zanurzeni w wieczności, w rzeczywistości Boga. Jesteśmy blisko Najwyższego. Warto zatem skorzystać ze sposobności i poprosić Go o odwagę udzielania i przyjmowania miłosierdzia od ludzi i od Najwyższego.

Do góry

***

XXI Niedz. Zw r. A - WYZNANIE PIOTRA - (25.08.02) Ks. A Papież

„Ty jesteś Piotr – Opoka (czyli Skała) i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16,18).

1.Wstęp. Umiłowani w Chrystusie! Gdy pochylimy się nad dzisiejszym fragmentem Ewangelii i podejmiemy wysiłek umysłu i serca, by właściwie zrozumieć ów urywek, to z łatwością zauważymy, że jego cechą charakterystyczną jest dialogowość. Chrystus, bowiem wchodzi z Apostołami w rozmowę i stawia przed nimi pytania, na które z pewnością – będąc prawdziwym Bogiem – zna odpowiedź. Wbrew pozorom jednak pytanie postawione w dzisiejszej ewangelii: {Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego} nie jest pytaniem retorycznym. Chociaż Chrystus wie dobrze, za kogo Go ludzie uważają to stawiając to pytanie chce sprowokować odpowiedź, by później w oparciu o nią rozwinąć swoją naukę o Kościele, o władzy Piotra w Kościele oraz o tych, którzy ten Kościół tworzą i którzy do niego należą.

Podczas tej, aczkolwiek krótkiej, ale jakże doniosłej w swoich treściach konwersacji na najważniejsze, najbardziej osobiste pytanie Chrystusa, w imieniu wszystkich uczniów, odpowiedzi udziela Piotr. To Wyznanie Piotra dało Chrystusowi okazję do zapowiedzi zbudowania na Piotrze swego Kościoła, oraz do przekazania mu w tym Kościele najwyższej władzy. I w tym właśnie kontekście Chrystus chwali Piotra za jego trafną odpowiedź. Chciałoby się powiedzieć, gratuluje mu takiego wyznania. Nigdy Piotrowi Chrystus niczego nie gratulował. Nie gratulował mu cudownego połowu ryb, nie gratulował mu jego apostolskiego powołania, nie gratulował mu nawet nominacji na pierwszego Papieża, ale pogratulował mu wyznania wiary. Błogosławiony jesteś {tzn. szczęśliwy} Szymonie, synu Jony (w. 17). Szczęśliwy jesteś, bo twoja postawa upewnia mnie, że mogę w oparciu o ciebie zbudować mój Kościół.

I oświadcza On, że taki Jego Kościół, zbudowany w oparciu o Piotra, tj. o Skałę będzie tak mocny, że nawet bramy piekielne go nie przemogą (w. 18). Nie chodzi tu Chrystusowi o budowlę z cegieł i kamieni, ale o Kościół, który będzie zgromadzeniem wiernych, który będzie stanowił jakąś nową wspólnotę wiary i miłości. I taka właśnie wspólnota, oparta o te cnoty, będzie niezwyciężona.

2. Bracia i Siostry! W kontekście dzisiejszej, Jezusowej nauki o Kościele warto uświadomić sobie, chyba zapomnianą przez wielu z nas prawdę, że Kościół to nie tylko biskup, ksiądz, pan kościelny i ministranci. Owszem oni wszyscy są częścią Kościoła, ale w takiej samej mierze jak i każdy z nas nią jest. Różnicą polega na tym, że na miarę swojego powołania pełnią oni w nim określony urząd, zawsze jednak związany ze służbą. Kościół to każdy człowiek włączony do niego przez chrzest, zarówno dziecko, młodzieniec, jak i schorowany i cierpiący staruszek. Warto przypomnieć sobie dziś, że ja – na mocy chrztu i bierzmowania - także należę do Kościoła, i to nie tylko należę, co więcej, ja ten Kościół tworzę i jestem za niego odpowiedzialny. Kościół na tyle będzie cechował się służbą, na ile sam będę służył, na tyle będzie święty na ile ja świętości zdobędę, na tyle będzie aktywny na ile sam włączę się w jego działalność. Wydaje się, że warto dziś, na przełomie czasu wakacji i czasu, na nowo wzmożonej, naszej aktywności tę prawdę {na forum publicznym} przypomnieć. Jakże mocno także przynaglają do tego głosy oburzenia i smutku tej aktywnej części parafii, która ponosi cały ciężar, czy to utrzymania czystości obiektu, z którego przecież wszyscy korzystamy, czy to przygotowania liturgii, z którego piękna wszak wszyscy czerpiemy. Na palcach jednej ręki można policzyć rodziny naszej parafii, które aktywnie, odpowiedzialnie, i w duchu służby na postawione dziś pytanie: „A wy za kogo mnie uważacie?” z miłością odpowiadają Chrystusowi swoim zaangażowaniem. Na pewno {w dobie dzisiejszej pogoni za pieniądzem, którego tak trudno zdobyć} nie mało ich to kosztuje trudu, do którego jakże często dochodzi krytyka tych, którym właśnie służą. A wspomnieć chociażby słowa Chrystusa, który woła: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Nie przeszkadzajcie im” i zapytać ile rodzin posyła dzieci na środową nowennę do Matki Bożej, lub na takie czy inne pielgrzymki. Na każdym kroku natomiast odczuwalna jest wśród nas postawa roszczeniowa, która przecież rażąco sprzeczna jest z duchem Ewangelii. Umiłowani! Przecież my, za miłość Boga i miłość bliźniego wyrażoną w czynie, za to właśnie, nie za co innego, będziemy sądzeni. Bo myślicie, że sprawiedliwość boża, wcześniej czy później, nie upomni się chociażby o zdrowie byłego waszego księdza proboszcza, tym, którzy mogli i powinni włączyć się w jego działalność, a – z takich czy innych powodów – tego nie zrobili. Czy myślicie, że sprawiedliwość boża nie upomni się o tych wyszydzanych czy pogardzanych za to że chcą coś zrobić dla Chrystusa i Jego Kościoła. I jeżeli - drodzy Bracia i Siostry! - brak nam wiary w Boga, do której się tu odwołuję, to na pewno nie brak nam osobistej dumy i elementarnego poczucia wstydu, które każdemu trzeźwo myślącemu z nas powinno wskazać właściwy kierunek.

Umiłowani! Pamiętajmy, że Kościół to wspólnota, z której nie tylko korzystam, ale także coś Jej daję. Czy dziś zastanawiam się nad tym, że siła tego Kościoła zależy między innymi także od mojej wiary i miłości wyrażonej w czynie? Bo Kościół to nasza matka, która rodzi nas do życia wiecznego. A Bóg mówi: „Czcij Ojca i matkę swoją, {abyś długo żył i dobrze ci się powodziło na ziemi”}. W Kościele jest nam dobrze! Kościół nas naucza i karmi. Kościół nas broni. On nas prowadzi nadając sens i cel naszemu życiu. Czy potrafię powiedzieć: Kocham cię Kościele święty i nigdy cię nie zapomnę. Wdzięczny ci jestem, że dzięki tobie mogę liczyć na moje wieczne zbawienie i na wiele łask tak bardzo potrzebnych mi w doczesnym i wiecznym życiu. Zadajmy sobie dzisiaj to pytanie i zastanówmy się:, jaki Kościół zbudowałby Chrystus na odpowiedzi dawanej mu przez moje czyny?

„Ty jesteś Piotr – Opoka (czyli Skała) i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16,18)

Umiłowani w Chrystusie! Druga bardzo ważna nauka płynącą z dzisiejszej liturgii słowa to ta, że w Kościele, który wszyscy tworzymy rządzi Piotr. A rządzi nie na podstawie swoich osobistych przemyśleń, ale w oparciu o władzę, jaką otrzymał od Chrystusa. Pospolicie nazywa się ta władza, władzą kluczy. Dając ją Piotrowi Chrystus powiedział: I tobie dam klucze Królestwa Niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie (w. 19). Władza kluczy w tym kontekście oznacza władza zarządzania, czyli administrowania tym królestwem. Zaś metafora wiązania i rozwiązywania jest symbolem pełnej władzy w Kościele. Piotr otrzymał, zatem od Chrystusa najwyższą władzę. To znaczy, że cokolwiek Piotr i jego następcy postanowią i zarządzą w Kościele, będzie równocześnie przyjęte i uznane przez Chrystusa w niebie. A więc jeśli odpuszczą komuś grzechy, będą one odpuszczone także przez Chrystusa, jeśli je zatrzymają, zatrzyma je także Jezus. On, krótko mówiąc, aprobuje wszystko, co w Kościele jest podejmowane dla dobra i zbawienia ludzi.

Drodzy Bracia i Siostry! I z taką właśnie świadomością zostały sformułowane nowe przykazania kościelne, nie przestrzeganie których stawia nas poza Kościołem, a nawet przeciwko Niemu. Są one jakby zasadami obowiązującymi w danej rodzinie. Kto ich nie zachowuje, to albo narażą się na kary z tym związane albo stawia się poza rodziną.

Warto w naszym środowisku, dziś – gdy rozważamy prawdę, którą Chrystus przekazał nam o Kościele - je przypomnieć. Oto one:

I. W niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymywać się od prac niekoniecznych.

II. Przynajmniej raz w roku przystąpić do sakramentu pokuty.

III. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą.

IV. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty powstrzymywać się od udziału w zabawach.

V. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła .

Właśnie to V przykazanie dotyczy naszego zaangażowania w życie parafii. Natomiast przysyłając je Internetem Ks. bp. Piotr Libera - Sekretarz Generalny Konf. Episk. Polski podaje oficjalną wykładnię dla IV przykazania, które budziło od początku najwięcej niedomówień i wątpliwości.

Pisze on, że „wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwienie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.

Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas wielkiego postu.

Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.

Post obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.

Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.

Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie wielkiego postu.

Chyba komentarza to tego nie trzeba!

Warszawa, 12 czerwca 2002

4. Zakończenie. Moi Drodzy! Wyznanie Piotra, które jest przedmiotem naszych dzisiejszych refleksji, prowokuje nas także do jakiegoś wyznania i do przyznania się do Chrystusa. Niech to będzie wyznanie naszej wiary w Jezusa Chrystusa, jak również naszego szacunku i naszej miłości do założonego przez Niego Kościoła. Jesteśmy wdzięczni Kościołowi za to, że przyjął nas do grona swoich wyznawców, że darzy nas swoją miłością i pragnie naszego zbawienia. Przyrzekamy być zawsze wiernymi jego dziećmi. Amen.

Wprowadzenie.

Jezus Chrystus nie tylko nauczał, uzdrawiał i czynił cuda, ale również formował duchowo zarówno swoich słuchaczy, jak też i swoich apostołów. Raz po raz poddawał ich, szczególnie tych ostatnich egzaminowi, aby się przekonać jak skutkuje Jego nauka.

Dzisiejsza ewangelia jest takim pierwszym egzaminem. Los padł na Piotra. On w imieniu swoim i wszystkich słuchaczy odpowiada na pytanie, za kogo ludzie uważają Chrystusa. Po otrzymaniu trafnej odpowiedzi, Chrystus chwali Piotra i obiecuje na nim zbudować swój Kościół.

Piotr jest szczęśliwy. My także będziemy szczęśliwi, jeśli będziemy się słowem, czynem i całym życiem przyznawać do Chrystusa. Ale zanim to nastąpi, najpierw tu, w tej świątyni przeprośmy Boga za nasze dotychczasowe grzechy, byśmy mogli godnie uczestniczyć w Najśw. Ofierze...

Do góry

***

22 niedz. zw. r. A                                    Naśladowanie Chrystusa                      28.08.2011  

 „Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą….  Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się…, bo kto nie bierze krzyża a idzie za Mną nie jest mnie godzien”

    UwChBiS!  Do perełek literatury ascetycznej zaliczyć należy słynne dzieło Św. Tomasza a Kempis o znamiennym tytule: O naśladowaniu Chrystusa. Wydane ono jest w bardzo wielu językach i w milionach egzemplarzy. /Można go także znaleźć w naszej księgarni Biblos na placu kościelnym/ W nim autor zastanawia się nad drogą człowieka do świętości i doskonałości, oraz szczegółowo analizuje drogę człowieka do Boga. I chociaż każdy z nas ma swoją, jedyną i niepowtarzalną drogę do zjednoczenia z Bogiem, to jednak są pewne ogólne zasady - jakby drogowskazy, kamienie milowe, filary - dzięki którym każdy z nas może dojść szybciej i pewniej do zbawienia. Zbawienie przecież winno być celem życia każdego z nas. Osiągniecie nieba, wiecznego szczęścia i pokoju duszy, osiągnięcie zbawienia winno być dla nas drogocenną perłą i jedynym skarbem, wszak słyszymy dziś jednoznaczne i dobitne słowa samego Chrystusa, który mówi:  cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?  /przyznam się wam, że w dużej mierze te właśnie słowa zaważyły, że podjąłem się  zmiany studiów świeckich na teologiczne/

    Cóż zatem mamy czynić BiS, by dusze ukoić i to zbawienie niechybnie osiągnąć? Dzisiejsze Słowo Boże właśnie nam o tym mówi, podając te ogólne zasady, filary zamieszczone potem zawarte w tym dziele O naśladowaniu Chrystusa. Święty Paweł prosi nas dzisiaj, abyśmy nie brali wzoru z tego świata. Słowa te, jako natchnione przez Ducha Świętego kierował nie tylko do ludzi sobie współczesnych, ale także do wszystkich następnych pokoleń ludzi wierzących. Są one wciąż aktualne, choć bardzo zmienił się świat. Nie zmienił się jednak człowiek, tak samo „wielki i mały” /patrz wiersz o. B. S. Zimy/  ze swoimi możliwościami, talentami, osiągnięciami, ale także z porażkami, wadami i nałogami. Nie zmienił się Szatan, który wciąż namawia nas do zła, nieustannie próbuje on oddziaływać na te same nasze złe skłonności. Z pewnością zmienił metody, bo dzięki rozwojowi techniki, dzięki temu, że słowa wypowiedziane na jednym krańcu świata mogą być słyszalne na drugim, może to robić skuteczniej, z „większą siłą rażenia” i przez to tym bardziej jest niebezpieczny. A cóż da człowiek w zamian za swoją duszę? Nie bierzcie więc wzoru z tego świata…

     A jaki konkretnie wzór daje nam świat, wzór, którego nie powinniśmy naśladować? Jakie to są sprawy ludzkie, które zasłaniają nam to, co Boże? Oto kilka przykładów:

 * Świat na pierwszym miejscu hierarchii wartości chce postawić człowieka. Za mocno dziś wprowadzane w życie i wciąż aktualne uważa zdanie, które wypowiedział już żyjący w 5 wieku przed Chrystusem grecki filozof Protagoras z Abdery, że miarą wszystkich rzeczy jest człowiek. Powtórzy je - skądinąd wielki artysta, krakowski poeta i piosenkarz - Marek Grechuta na płycie pt. „Dziesięć ważnych słów”  w utworze Wiedza. Człowiek to wiedza, środek, mądrość, cel, to najważniejsza istota, kryterium prawdy, twórca wszelkich zasad moralnych i zasad społecznego współistnienia. Dużo jest tu racji – wszak człowiek to najdoskonalsza istota Boża., stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Może dzięki rozumowi i wolnej woli decydować i odkrywać prawdę, ale przecież nie może jej tworzyć. Wg świata ma on jednak zająć miejsce Boga, mogąc decydować o wszystkim. A więc także o tym, co jest dobre, a co jest złe. Wg tej zasady każdy człowiek może tworzyć swoje zasady moralne, a więc to, co jedni uważają za dobro, inni mogą uważać za zło, to, co w jednym przypadku może być ocenione pozytywnie, w innym może być ganione. Tak powstał moralny relatywizm, jedno z największych zagrożeń dla współczesnego człowieka. Nie ma bowiem konkretnych zasad, fundamentów, korzenia. Życie ludzie zbudowane na piasku, statek osadzony na mieliźnie. Przed taką postawą właśnie przestrzegał papież Benedykt XVI młodzież zgromadzoną w Madrycie na Światowych Dniach Młodzieży.

* Następnie: Wciąż aktualne jest określenie, że to „pieniądz rządzi światem”, że „kasa się liczy”. Owszem, liczy się, ale nie można jej postawić wyżej niż 2 człowieka, niż Boga. /wyjazd za granice by dom postawić i pomóc rodzinie – a rozbicie rodziny/ I tak bogate korporacje i firmy budują więc wielki przemysł, tworząc całą masę dóbr, które muszą jakoś sprzedać. Posługując się wszechobecną dzisiaj reklamą, dyktują trendy mody. W promowaniu swoich wyrobów nie liczą się z godnością człowieka. Nie liczy się młode pokolenie i ich wychowanie /wypracowania z polskiego – kto idol? – gwiazdy pop, które dla kasy zrobią wszystko i zdeptają każde wartości/ Takie wartości jak wstyd, poszanowanie ciała czy skromność idą tu na bok. Z jednej strony pokazuje się ludzkie ciało jako coś, co potrzebuje naszej troski i podsuwa się nam różnorakie środki (od farmaceutyków przez kosmetyki do jogurtów), które mają zapewnić jedyny prawidłowy rozwój człowieka. Z drugiej strony całe kampanie reklamowe opiera się na instynktach, zwłaszcza na popędzie seksualnym. Zwróćmy uwagę, w jak wielkiej ilości reklam jest on wykorzystywany! Promowany styl życia daleki jest od chrześcijańskiej cnoty czystości. Świat chce człowieka zredukować tylko do ciała. Podpowiada nam, że aby osiągnąć szczęście, trzeba być zdrowym (wszak zdrowie jest najważniejsze), pięknym i do tego najlepiej jeszcze bogatym. Współczesna „światowa” estetyka nie widzi miejsca dla cierpienia, starości i choroby. Dlatego ciężko i przewlekle chorych powinno się zamknąć w domach „spokojnej jesieni” lub hospicjach, dlatego wprowadza się prawo do eutanazji, dlatego pozwala się na zabicie dziecka jeszcze przed jego narodzeniem, W obliczu prawa można wykorzystywać człowieka, można go zabić, aby inni żyjący mogli być zdrowsi albo ładniejsi…

    Wiele jeszcze tych analiz można by zrobić, np. o rozumieniu ludzkiej wolności czy seksualności, pojmowaniu szczęścia czy pracy, czy wreszcie o obrazie Boga, który często jest karykaturą Ojca i Miłości a nie Nim w rzeczywistości… Tak czy inaczej dobrze wiemy, że wzór życia dyktowany przez „świat” daleki jest od ewangelicznego wzoru. Koncentruje się bowiem na doczesności, na tym krótkim etapie ludzkiej egzystencji, której śmierć przecież nie kończy. Musimy oprzeć się pokusom „świata”. Musimy pamiętać o tym retorycznym dzisiejszym pytaniu zadanym przez Jezusa: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26). A zatem…

   „Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą….  Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się…, bo kto nie bierze krzyża a idzie za Mną nie jest mnie godzien”

      BiS! Dzisiejsza Ewangelia podaje nam kolejną zasadę na drodze do doskonałości... Jezus mówi wprost: „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje”. Nie okłamuje i zabarwia jak świat, hołdując naszym instynktom, nie ukrywa prawdy. Mówi jak jest!! I nasuwa się pytanie: Dlaczego aż tak? Czy nie ma innej, łatwiejszej drogi do Boga, bez wyrzeczeń, bez trudów, bez cierpienia, jak to sugerował apostoł Piotr? Czy nie można dojść do Boga z całą akceptacją życia, wszelkich przyjemności i uciech światowych, dogadzaniu wszelkim żądzom, pozwalaniu sobie na co ma się tylko ochotę? Otóż nie! Pełnię życia w Bogu możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy będziemy rezygnować z własnego życia, egoistycznych upodobań, zmysłowych czy światowych przyjemności, na rzecz Bożego życia, które przecież pragniemy osiągnąć. Wszak Jezus powiedział: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mojego powodu, zachowa je”. Chyba to jasne. Jest to twarda, ale klarowna logika chrześcijańskiego życia, duchowego wzrastania. I nie ma tu miejsca na kompromisy. Bo wyjdzie obłuda i zakłamanie. A czyż w świecie nie trzeba podejmować niekiedy nadludzkich wysiłków, ofiar, wyrzeczeń, aby dojść do czegoś, osiągnąć sukces? Czy to w sporcie przez fizyczny wysiłek, wielogodzinne treningi? /dyplomy i puchary w Mielcu/  Czy w szkole przez wysiłek intelektu, czytanie książek, przyswajanie wiedzy? A w rolnictwie przez pracę często w pocie czoła? Taka jest logika wszelkich, uczciwych osiągnięć. Św. Paweł przywołując je powie: „oni wiele sobie odmawiają, by zdobyć nagrodę, choć przemijającą – my zaś nieprzemijającą”. A więc tym bardziej trzeba podejmować ten trud naznaczony krzyżem, jeśli idzie o najwyższe ludzkie osiągnięcia w dziedzinie ducha, jeśli idzie o nasze zbawienie. Tu nie ma miejsca na nieuczciwość. Człowieka można oszukać, Boga nie. Dlatego chrześcijańską duchowość trzeba określić jako duchowość krzyża. Nie dlatego, że krzyż, cierpienie jest samo w sobie wartością, ale dlatego, że jest to jedyna droga, która prowadzi do życia. Dlatego…

„Proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą….  Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się…, bo cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? ….”

    UwChBiS! Jeszcze jeden ważny element dzisiejszego nauczania liturgii słowa, jeszcze jeden kamień milowy w naśladowaniu Chrystusa, jeszcze jeden filar podtrzymujący duchową budowlę naszego chrześcijańskiego życia. Są nim bardzo stanowcze słowa Jezusa, skierowane do Piotra: „Zejdź mi z oczu Szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie!". Zadziwiające słowa... Przecież tak niedawno Chrystus chwalił św. Piotra i uczynił go widzialną głową Kościoła: „Błogosławiony jesteś…” ale „ciało i krew nie objawiły Ci tego” no, bo my sami z siebie niewiele potrafimy /dlatego ta 6 prawda wiary, że „łaska Boża jest koniecznie człowiekowi do zbawienia potrzebna”/  Gdy św. Piotr natchniony pomyślał po Bożemu, to wyznał wiarę w Jezusa Syna Bożego. Gdy myślał po ludzku, to  zachęcał Jezusa do ucieczki od krzyża, zasnął w Ogrójcu, zaparł się Mistrza, zamknął się w Wieczerniku. Ale po Bożemu ostatecznie – umocniony Zesłaniem Ducha Św. – cieszył się cierpiąc dla Imienia Jezusa, a ostatecznie życie za Jezusa oddał. Żyjąc w tym świecie i pośród świata, myśleć w nim nie tylko po ludzku, ale po Bożemu… właśnie tu jest miejsce na codzienną modlitwę, niedzielną Msze św., na sakramenty – bo tak naprawdę sami z siebie niewiele potrafimy.

Niech zatem dzisiejsze drogowskazy, dzisiejsza nauka Chrystusa i jego łaska pomoże nam po Bożemu myśleć i działać, bo Bożemu postępować, by bardziej słuchać Boga niż ludzi i ostatecznie ocalić własną duszę i dojść do Królestwa wiecznego pokoju… Amen

Do góry

***

"Miłość Boga…"

Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?

            UwChBiS! W seminarium duchownym często rektor i ojcowie duchowni powtarzali nam, młodym klerykom, że przeczytać wszystkich książek, które są wydrukowane nie jest się w stanie, dlatego trzeba czytać te najlepsze, najwartościowsze i najważniejsze. Z pytaniami jest podobnie: można je zadawać w nieskończoność. Ale pytanie faryzeuszów z dzisiejszej Ewangelii jest szczególne i wyjątkowe, bodaj najistotniejsze w życiu. Dlaczego? Bo znalezienie odpowiedzi na pytanie o to, co w życiu najważniejsze, jest warunkiem przeżycia swojego istnienia w sposób wartościowy, a przez to szczęśliwy. Odpowiedź nie przychodzi jednak łatwo. W czasach Jezusa były setki różnych przykazań i przepisów, i nie było rzeczą prostą odpowiedzieć na pytanie, które z nich jest pierwsze i największe. /Na tym właśnie polegała podchwytliwość i złośliwość uczonego w Prawie/. Również dziś w natłoku różnorakich informacji i „ofert", jakie przynosi życie, pytanie o rzeczy pierwsze, o zasady, o rzeczy ostateczne bywa pytaniem kłopotliwym. Wielu gubi świadomość tego, co jest najważniejsze. Dlatego tak istotna jest dla nas precyzyjna odpowiedź Jezusa z dzisiejszej Ewangelii. Odpowiedź, która nie pozostawia żadnych wątpliwości: najważniejsza jest miłość do Boga i wypływająca z niej miłość do człowieka. Tylko będąc kochanym i kochając, człowiek może być szczęśliwym. To Bóg nadał taki kształt sercu człowieka, że nie tylko jest zdolne do miłości, ale wręcz musi kochać, aby było szczęśliwe; by czuło się zaspokojone; by miało sens jego "bicie". Dlatego Jezus tak zdecydowanie, jednoznacznie i niejako w trybie rozkazującym - choć do przecież miłości nie można nikogo zmusić - odpowiada, nakazując: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem… i Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego…. Ale jak to uczynić???

       UwChBiS! Będziesz miłował Pana Boga swego… Wiemy dobrze, że nikt nie jest w stanie dać tego, czego sam nie ma; czego sam nie posiada. To znaczy: żeby kochać, najpierw trzeba dać się ukochać, najpierw trzeba przyjąć miłość. Posłuchajmy co pisze Św. Jan w swoim Liście: W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam pierwszy nas umiłował… i to wtedy gdyśmy byli jeszcze grzesznikami - doda św. Paweł. Miłość nie bierze się z niczego; miłość płynie ze źródła. A to Bóg jest źródłem miłości, bo jak św. Jan nieco dalej napisze "Bóg jest Miłością". On, jako Miłość, daje się nam nieustannie i bezinteresownie… bez żadnej naszej zasługi. A wiec, Bóg najpierw pragnie, abyśmy przyjęli Jego miłość; wtedy będziemy zdolni do kochania Jego samego, niejako odpowiadając na tę miłość i będziemy zdolni do kochania innych, naszych bliźnich, nawet nieprzyjaciół.

       Słynny myśliciel katolicki XX wieku napisze: Miłość przychodzi z góry, nie możesz jej sobie wytworzyć. Ona „jest z Boga". Otrzymujesz ją w darze, otwierając się na nią. A ponieważ to Bóg ci ją daje, nie ma granic dla tego, ile jej otrzymasz. Źródło miłości, z którego możesz czerpać, jest niewyczerpalne. Jeśli na świecie jest za mało miłości, to nie dlatego, że jej źródło wyschło, lecz dlatego że ludzie odwrócili się od Niego (Wilfrid Stinissen OCD).

       Zapytacie pewnie? To w takim razie: w jaki sposób czerpać ze źródła? Jak przyjmować miłość Boga, otwierać się na nią nieustannie? Matka Teresa z Kalkuty, wielki świadek miłości Boga i bliźniego, odpowiada, że miłość do Boga i człowieka rodzi się zwłaszcza przez modlitwę. Jeśli będziemy się modlili, będziemy wierzyli, jeśli będziemy wierzyli, będziemy kochali, jeśli będziemy kochali, będziemy służyli. A to naprawdę daje wiele satysfakcji i daje poczucie sensu i spełnienia. A wiec… Będziesz miłował P. Boga swego…

Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?

       UwChBiS! i Będziesz miłował swego bliźniego… Ale miłość bliźniego ma swoje etapy i stopnie. Nie od razu człowiek jest zdolny do takiej miłości, w której jest gotów oddać za braci swoje życie - jak patron tego roku św. Maksymilian Maria Kolbe, męczennik Oświęcimia. Jednym z najbardziej podstawowych wyrazów miłości jest najpierw to, aby drugiego człowieka nie krzywdzić. Aleksander Sołżenicyn, wielki pisarz rosyjski, laureat Nagrody Nobla, napisał: Jest rzeczą zrozumiałą, że miłość jest tym celem, do którego powinniśmy dążyć, ale upadliśmy tak nisko, stoczyliśmy się w taką przepaść, iż trzeba zacząć od etapów pośrednich, żeby wyjść z tej sytuacji. Trzeba… zacząć od tego, aby nie czynić niesprawiedliwości. Żeby nie robić tego, czego nie chciałbyś, by robiono tobie.

       Dlatego Bóg, jako cierpliwy wychowawca, najpierw takiej postawy sprawiedliwości i niekrzywdzenia innych wymagał od swego ludu: Nie będziesz gnębił, nie będziesz uciskał (...), nie będziesz krzywdził żadnej wdowy i sieroty (...), nie będziesz postępował jak lichwiarz, nie będziesz brał płaszcza pod zastaw  - słyszymy dziś te konkretne wskazania w 1 czytaniu z Ks. Wyjścia. Zauważcie, że pouczenia te, mimo upływu tysięcy lat, nadal są aktualne i pouczające. /potwierdza to prawdę, że ciągle " Słowo Boże jest żywe i skuteczne…".

       I dalej słyszymy już w Ewangelii: Będziesz miłował swego bliźniego… Tak jak pierwszym stopniem miłości jest to, aby nie krzywdzić, tak jednym z ostatecznych sprawdzianów miłości już ewangelicznej, chrześcijańskiej jest bezinteresowność. Ideałem jest miłość bezinteresowna. Takiej miłości musimy się uczyć od samego Boga. Bezinteresowne dawanie nie jest, bowiem dla nas naturalne i łatwe. Kiedy czynimy coś dobrego, zawsze, w mniejszym czy większym stopniu, pojawia się oczekiwanie jakiegoś wynagrodzenia. Taka jest nasza natura i nie ma się temu co dziwić; w naturze bowiem otrzymaliśmy tzw. cnoty kardynalne, a wiec cnoty główne, a są nimi: roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie i męstwo. To właśnie cnota sprawiedliwość, która polega na tym, by oddać każdemu ci mu się słusznie należy popycha nas by za uczynione dobro spodziewać się nagrody, wyróżnienia, pochwały.  Dopiero nadprzyrodzone cnoty wiary, nadziei i miłości, zwłaszcza miłości pomaga nam wznieść się ponad to co naturalne i kochać nawet nieprzyjaciół, do czego wzywał nas przecież sam Chrystus. To Ewangelia zaprasza nas właśnie do wyjścia z tej naturalnej po grzechu pierworodnym małoduszności w celu praktykowania miłości równie czystej i bezinteresownej jak miłość Boga.

       Zauważmy, że powodowany taką miłością św. Paweł podejmował się głoszenia Jezusa bez żadnej zapłaty. Echa tej postawy słyszymy w dzisiejszym 2 czytaniu. Przeciwnie, mówił: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii! Warto przywoływać tę bezinteresowną pracę ewangelizacyjną Apostoła Narodów na progu Tygodnia Misyjnego, który ma nas uwrażliwić na święty obowiązek bezinteresownego głoszenia Jezusa i odpowiedzialności za misję ewangelizacyjną.

            Bo - kochani moi - współczesny świat tęskni za miłością, prawdą, sprawiedliwością i pokojem. Dowodem są te niepodległościowe na Bliskim Wschodzie, które właśnie obserwujemy.

 [Wielcy prorocy miłości i nadziei, jak Jan Paweł II i Benedykt XVI, dają dowody, że dobra duchowe są w zasięgu naszych pragnień, ponieważ człowiek dzięki współpracy z Bogiem może je wprowadzać w życie i czynić je drogami ludzkiej pielgrzymki. Droga do źródła łaski i miłości jest zawsze otwarta, Bóg jej nigdy nie zamyka ani też jej nie utrudnia. Może zrobić to jedynie człowiek, jeśli nie rozumie, że Bóg jest Miłością.

      Dzisiejszy Światowy Dzień Misji, zwany w Polsce Niedzielą Misyjną, obchodzimy w Kościele powszechnym po raz 85. Jest to czas troski całego Kościoła o wszystkie Kościoły i o tych, którzy jeszcze Chrystusa nie znają. Jednak troska o głoszenie Ewangelii to coś więcej, co ma swoje źródło w dojrzałości naszej wiary. Przed kilkunastu laty Jan Paweł II napisał, że „wiara umacnia się, gdy jest przekazywana" (Redemptoris misio, 11). Działalność misyjna nie jest formą dobrze zorganizowanej propagandy i reklamy religijnej. Nie ma też na celu tylko liczebnego wzrostu wspólnoty Kościoła. Jest to raczej zaproszenie do wejścia na drogę, którą jest Chrystus, który przyszedł, abyśmy mieli życie i mieli je w obfitości (por. J 10, 10). Ta świadomość pomaga nam w apostolskim świadectwie pełnym ofiary i poświęcenia dla innych z miłości do 2 człowieka i dla Miłości samego Boga. Chrześcijanin bowiem ogarnięty miłością i dotknięty łaską wiary nie może milczeć, ale współpracę misyjną uczynić swoją życiową koniecznością w myśl wyznania św. Pawła: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (l Kor 9, 16).]

UwChBiS!. Tegoroczne orędzie misyjne Benedykta XVI poucza nas, że to właśnie miłość jest duszą misji. Jeśli tej miłości zabraknie, to nie ma już misji, ale jest filantropia i działalność socjalna. Zawsze Bóg przenika ludzką historię swoją miłością i pozwala, aby człowiek tą miłością żył i dawał jej dowody. Wiele razy miłość wyraża się przez radykalne formy, tak jak 20 lat temu przez ofiarę życia dwóch młodych polskich franciszkanów, o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, zamordowanych w Peru. Bo być misjonarzem, to znaczy kochać Boga i ludzi aż do ofiary z własnego życia. Być misjonarzem, to mieć wrażliwość dobrego samarytanina, jak o. Marian Żelazek i wielu innych. Misjonarze nigdy nie płacą fałszywą monetą, ale największym darem krwi i życia. Niedziela Misyjna jest czasem dawania miłości Jezusa Chrystusa światu, który jej jeszcze nie poznał. Rozumiejąc dziś lepiej naszą chrześcijańską tożsamość, docieramy do prawdy, że działalność misyjna nie jest pracą samotnych ludzi gdzieś na krańcach świata. Jeśli misjonarze są osamotnieni, to my nie jesteśmy prawdziwym Kościołem. Dotyczy to pasterzy i wiernych, ponieważ komunia wiary i współpracy musi przekraczać granice geograficzne i kulturowe. Jedna jest bowiem misja, którą Jezus Chrystus powierzył Kościołowi. Ojciec Święty ufa, że dzięki naszej dojrzałej wierze wniesiemy w świat ewangeliczny zaczyn miłości, tak jak czyniła to Maryja, Gwiazda ewangelizacji. Czujmy się zaszczyceni, że Bóg pozwala nam nieść Jego miłość innym i kształtować oblicze współczesnego świata (por. Deus caritas est, 32), nawet gdy sami jesteśmy tylko kruchymi naczyniami. Pamiętajmy, że wszystko to, co czynimy z miłością, zawsze jest wielkie i ma sens. Niech zatem dzisiejsze Słowo Boże i przydład działalności misyjnej Kościoła, zwłaszcza postawa tylu misjonarzy, także męczenników zachęci nas by miłością Boga i bliźniego żyć i nią się kierować. Amen.

Do góry

***

 

XXXII Niedziela zwykła, rok A

 

W OCZEKIWANIU NA PRZYJŚCIE PANA

Cel homilii: Przypomnienie o nieuchronnym końcu życia. Pobudzenie do czuwania w oczekiwaniu przyjścia Pana.

Plan:

Panny mądre i głupie

Każdego z nas czeka śmierć, a później sąd

Potrzeba czujności

Mamy jeszcze w pamięci żywy obraz Uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Wspaniała jesienna pogoda, drzewa urzekające kolorytem liści, chryzantemy, tysiące płonących zniczów, ludzie stojący w zamyśleniu nad grobami swoich bliskich, wspomnienia, łzy spływające cichutko po twarzy – znak szczególnej więzi z tymi, którzy nas opuścili… Wszystko to tworzy jakiś niepowtarzalny nastrój sprzyjający refleksji nad naszym osobistym życiem. Żyjemy, jesteśmy, a później umieramy. Czy na tym koniec?

Panny mądre i głupie

Umiłowani w Chrystusie Panu Bracia i Siostry!

Liturgia Kościoła nie przypadkowo przytacza dziś fragment Ewangelii według świętego Mateusza, w której Chrystus przekazuje przypowieść o dziesięciu pannach. Słowa dzisiejszej Ewangelii są niejako przedłużeniem refleksji, które towarzyszyły nam w przeżywaniu Uroczystości Wszystkich Świętych. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” – mówi do nas Chrystus. Czuwajcie, bo nie znacie godziny. Nie znamy godziny jak owe panny, które oczekiwały na przyjście oblubieńca.

Wśród Żydów istniał pewien zwyczaj związany z zaślubinami, do którego nawiązał Chrystus w przypowieści o dziesięciu pannach. Otóż po zaręczynach narzeczona pozostawała jeszcze przez jakiś okres w domu rodziców. Dopiero w dniu wesela pan młody przychodził do jej domu. Narzeczona oczekiwała go wraz z kilkoma pannami, a gdy przychodził wstępowali razem z zaproszonymi na ucztę weselną.

Któż jest Oblubieńcem z przypowieści o pannach mądrych i głupich. Nie ulega wątpliwości, że chodzi tu o Chrystusa. Pięć mądrych i pięć głupich panien stanowi obraz ludzkości dzielącej się na wierzących i niewierzących. W rękach trzymają lampy, które oznaczają blask jaśniejących dusz, przygotowanych na spotkanie z Chrystusem-Oblubieńcem. Oliwa w naczyniach symbolizuje owoc dobrego postępowania. Uczta weselna oznacza życie wieczne. Oblubieniec przychodzi w nocy, a godzina jego przyjścia jest nieznana oczekującym pannom. Roztropne panny to te, które za życia ziemskiego wykorzystały dany im czas na działanie i przygotowały się do tego, aby wyjść na spotkanie przychodzącego Pana. Głupimi zaś są te, które jako beztroskie i leniwe dbały tylko o dobra ziemskie zapominając o obietnicach Bożych. A ponieważ nie mogą wyjść naprzeciw ze zgaszonymi lampami, proszą roztropne o pożyczenie oliwy. Te im odpowiedziały, że nie mogą im dać, ponieważ mogłoby zabraknąć dla wszystkich. Oznacza to, że uczynki i zasługi jednych nie mogą być pomocą dla drugich. Każdy musi kupić sam oliwę do swojej lampy. Zachęcają jednak, żeby wróciły i kupiły sobie oliwy. Chociaż już jest późno, niech jednak zachowują przykazania Boże, aby przynajmniej w ten sposób z zapalonymi lampami wyszły na spotkanie oblubieńca. One jednak zwlekały i międzyczasie nadszedł Oblubieniec. Skończył się czas dany im na nawrócenie i drzwi zostały zamknięte. Oblubieniec mówi: „Nie znam was.” Panny były opieszałe, dlatego też zaprzepaściły chwilę wejścia na wesele.

Każdego z nas czeka śmierć, a później sąd

Drodzy bracia i Siostry!

Tak jak panny z przypowieści nie znały czasu przybycia oblubieńca, tak również i my nie znamy godziny naszej śmierci i następującego bezpośrednio po niej sądu szczegółowego. Każdego z nas czeka śmierć. Nie ma żadnego wyjątku. Na pewno zastanawialiśmy się nieraz nad tym, a zwłaszcza przy okazjach takich świąt, jakie kilka dni temu przeżywaliśmy. Byliśmy na cmentarzach. Tam spoczywają ciała, które 10, może 20, albo więcej lat temu tryskały życiem. Tam są serca, które kiedyś biły. A właściwie tam są prochy tych ciał, tych serc… Odczuwamy to tym bardziej o ile spoczywa tam ktoś bliski naszemu sercu. I wciskają się do głowy myśli, że to już koniec, że przeminęło, że śmierć jest końcem. Ale my wierzymy, że śmierć nie jest końcem. Wierzymy, że te ciała spoczywające w grobach oczekują zmartwychwstania, które nastąpi przy końcu świata. Wierzymy, że jest życie wieczne, że śmierć jest początkiem, a nie końcem. Wierzymy, bo objawił nam to Chrystus! To właśnie na podstawie tego objawienia święty Paweł Apostoł mówi w Liście do Tesaloniczan: «Pan zstąpi z nieba na głos archanioła i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi» (1 Tes 4, 16).

Zanim nastąpi zmartwychwstanie, czeka nas jeszcze sąd szczegółowy, który ma miejsce po śmierci. Polega on na odniesieniu życia człowieka do Chrystusa. Wtedy rozstrzygnie się, czy zostaniemy zaproszeni na ucztę weselną, czy pozostaniemy za drzwiami.

Potrzeba czujności

Kiedy nastąpi moment naszej śmierci? Nikt prócz Boga nie zna odpowiedzi na to pytanie. Nie są w stanie przewidzieć tego momentu nawet najznakomitsi specjaliści z zakresu medycyny. W przypowieści o pannach mądrych i głupich Chrystus wzywa nas do czujności. Otrzymaliśmy dar życia, tylko jednego życia. Nie możemy zmarnować tego daru. Co więcej nie możemy zmarnować ani jednej godziny. Ze wszystkich straconych godzin zostaniemy szczegółowo rozliczeni. Przed Bogiem nic się bowiem nie ukryje.

Nie możemy być nieprzygotowani moment spotkania z Chrystusem, tak jak nieroztropne panny z przypowieści. Musimy zaopatrzyć się w oliwę dobrych uczynków, by nasze dusze świeciły jasnym światłem. Nie możemy przespać godziny przyjścia Pana.

Zapytasz drogi Bracie i Siostro: Jak tego dokonać? Jeśli wkradną się do naszego życia zaniedbania, grzechy, to umiejmy przyznać się do nich i wyznać przed Bogiem miłosiernym przy konfesjonale. Jeśli zaufamy Bogu, to On obdarzy nas swą łaską i udzieli mądrości, byśmy lepiej żyli i więcej miłowali. Nasze życie ma być bowiem czuwaniem w miłości. Jeżeli codziennie będziemy wierni w drobnych sprawach, jeśli wykorzystamy zwykłe uczynki jako środek służenia Chrystusowi, to nie będziemy lękali się sądu, wtedy będzie on dla nas radością.

Musimy pamiętać o tym, że „są takie zapomnienia, które nie wynikają z braku pamięci, lecz z braku miłości” (Josemaría Escrivá). Człowiek, który kocha nigdy nie zapomina o ukochanej osobie. Jeżeli więc miłujemy Chrystusa, to zawsze będziemy czujni, nigdy nie zaśniemy. Będziemy wciąż w postawie czuwania, której domaga się Chrystus w słowach: «Czuwajcie więc, i bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie Syn Człowieczy przyjdzie» (Mt 24, 42a.44).

Umiłowani w Chrystusie panu Bracia i Siostry!

Warto zadać sobie dziś pytanie: czy dobrze wykorzystuję czas podarowany mi przez Boga? Czy nie marnuję łask, których mi udziela Chrystus? Czy moje uczynki wyrażają miłość do Chrystusa? A może odkładam wciąż pokutę? Warto się zastanowić nad stanem swojej duszy, nie tylko dziś, ale codziennie przy wieczornym rachunku sumienia. Postawmy sobie jeszcze jedno pytanie: A gdyby śmierć w tej chwili mnie zastała to co by się ze mną stało? Byłbym zaproszony na ucztę życia wiecznego, czy pozostałbym za drzwiami? Może stan mojej duszy jest taki, że Chrystus skierowałby do mnie słowa: «Nie znam Cię»?

Zakończymy nasze rozważania słowami piosenki religijnej:

Popatrz, jak prędko mija czas,

Życie twe też przeminie wraz.

Życie, to jedno, które Bóg ci dał.

Wszystko przemija tak, jak sen.

Troski, kłopoty skończą się,

Powiedz, szczęśliwym będziesz ty?

Powiedz, czy ty Jezusa znasz?

Pomyśl, On szczęście wieczne ma!

Pomyśl, jak spędzasz życia czas.

Pomyśl, gdy życia skończysz bieg,

Przejdziesz na tamten drugi brzeg,

Powiedz, szczęśliwym będziesz tam?

Do góry

***

1 Niedz. Wielkiego Postu, r. A Ks. Andrzej Papież

„NIE SAMYM CHLEBEM ŻYJE CZŁOWIEK” - Mt. 4, 1- 4

Drodzy Bracia i Siostry! Niewątpliwie żyjemy w większym dobrobycie niż nasi przodkowie. Naszym dziadom nierzadko brakowało chleba. Ojcom czasami - do chleba. My mamy jedno i drugie w obfitości. Przyznajmy jednak, że przy tym całym dobrobycie brakuje nam często radosnego pokoju, co więcej - często nawet chęci do życia. (A najgorsze, że jest to zjawisko ogólnoświatowe. Trudno więc w tej sytuacji oczekiwać na jakąś pomoc).

Nudzimy się w luksusowym samochodzie słuchając muzyki obrabianej cyfrowo w systemie pro logic, skaczemy z rozpaczy z piętnastego piętra komfortowego wieżowca, siedzimy zamyśleni i zmęczeni w pięknych salonach, przy bogato zastawionych stołach. To wszystko jest potwierdzeniem prawdziwości tego, co powiedział nasz Pan, Jezus Chrystus, kusicielowi na początku swojej działalności, a co słyszeliśmy przed chwilą w Ewangelii: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych".

Siostry i Bracia! U początku Wielkiego Postu – czasu intensywniejszej refleksji, zadumy i modlitwy staje przed nami kuszony przez szatana Chrystus i uświadamia nam, że do spokoju i szczęścia nie wystarczy nam napełniony żołądek, ubranie z wełny i mahoniowe meble.

Oprócz ciała mamy także i duszę. A dusza ma także swoje życie, ma także swój głód. A skoro głód — to także swój pokarm. Tym pokarmem jest każde słowo, które pochodzi z ust Bożych.

Kiedy człowiek się naje, porządnie ubierze i zamknie za sobą drzwi domu, wtedy odzywa się pragnienie duszy za trwalszym dobrobytem. Coś go zmusza do rozmyślania; w jaki sposób swoje życie i swoje szczęście przedłużyć na całą wieczność, jak zapobiec cierpieniu i utrapieniom. Stale w jego myśli zjawia się niepokojące pytanie: Czy śmierć jest końcem wszystkiego czy początkiem? Czy istnieje wieczność i sprawiedliwość po śmierci? Nagroda czy kara...?

I tu człowiek potrzebuje do swojego pokoju i szczęścia odpowiedzi, a w niej pewności.

Taką odpowiedź może nam dać jedynie Bóg, dlatego potrzebujemy słowa, które pochodzi z Jego ust.

A Bóg daje odpowiedź przede wszystkim przez to, że nam się przedstawia jako kochający Ojciec, Brat i Przyjaciel, który szeroko otwiera swoje ramiona i powołuje nas do życia wiecznego. Czyni to Ewangelią, która tchnie uszczęśliwiającą nadzieją, a nawet pewnością.

Ta pewność płynąca z Jego słów, jest pokarmem, który może nasycić duszę ludzką i uczynić ją szczęśliwą nawet w takich sytuacjach, w których nie pomagają najlepsze nawet środki dzisiejszej techniki i wiedzy.

Jeśli dziś ktoś nam ofiarowuje chleb i tylko chleb, a przy tym zabrania nam sycić się słowem Bożym, ten chce odegrać w naszym życiu rolę kusiciela z pustyni; temu należy odpowiedzieć słowami Chrystusa: „Nie samym chlebem żyje człowiek..."

Oczywiście nie chcemy uciekać w świat fikcji. Chrześcijanin potrafi ocenić i popierać każdą pracę. Umie cenić pracę rolnika i murarza, lekarza i robotnika fabryki wyrobów tekstylnych, wszystkich, którzy swoim wysiłkiem przyczyniają się do tego, aby niczego nie brakowało naszemu ciału. Ale czy umie on również cenić i być wdzięcznym wobec tych, którzy nam podają słowo Boże i w ten sposób napełniają nasze serca mocną i radosną nadzieją?

Umiłowani! Nie dziwmy się przeto Kościołowi, który nakazuje nam w każdą niedzielę i święto słuchać słowa Bożego. Chce przez to dać nam, a za naszym pośrednictwem całemu (zaszczutemu) światu to, czego oprócz chleba brakuje jeszcze ludziom do pokoju i szczęścia.

Nie uspokajajmy się i zadowalajmy jedynie tym, co jest nakazane. Abyśmy mogli hojnie dawać, starajmy się sami o siłę i zdrowie naszego ducha.

„Chodzi o to żebyśmy potrafili wyzwalać się z tego, co powierzchowne, prymitywne, łatwe, byśmy potrafili kształtować w sobie postawę arystokratów ducha” woła do nas dziś abp J. Życiński. A Adam Mickiewicz w liście do swojego przyjaciela Henryka Kajsiewicza pisał: „Lękam się, abyście nie myśleli, że praca wewnętrzna jest stratą czasu, czy jest niepożyteczną światu zewnętrznemu. Od pracy wewnątrz i od zwycięstwa wewnętrznego zależy siła na zewnątrz. Kraj i człowiek wewnątrz bezwładny – upada”.

Bracia i Siostry! Kiedy w najbliższym czasie pójdziemy przez miasto i zobaczymy na wystawach sklepowych to, co jest przeznaczone dla naszego ciała, wspomnijmy na miejsce w naszej domowej biblioteczce, gdzie jest lub powinna być Ewangelia. A kiedy przyjdziemy do domu, otwórzmy ją i czytajmy. Ponieważ człowiek nie żyje tylko chlebem, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

Bo:

„Nie wynajdziesz dla swego dziecka lekarstwa na raka

Nie osłonisz przed samotnością.

Nie uratujesz od rozpaczy.

Naucz je żyć z Bogiem.

Aby razem z Nim było na spacerze i w szkole, aby razem z nim oceniało życie: pracę, rozrywki, politykę, książki, ludzi i samego siebie.

Szkołą jest modlitwa.

Trzeba więc z jak największą uwagą, z wczuciem się w psychikę dziecięcą dobierać słowa najprostsze, albo je razem z nim układać.

Trzeba w miarę rozwoju umysłowego pogłębiać przeżycia religijne młodego człowieka.

Nie wynajdziesz sobie lekarstwa na raka. Nie osłonisz się przed samotnością. Nie uratujesz się od rozpaczy. Naucz się żyć z Bogiem. I karm się Jego słowem! Amen.

Do góry

***

1 niedz. W. Postu - r. A Strategia szatana Ks. Andrzej Papież /Ben-k /

,,Idź precz, szatanie! [Bogu... samemu służyć będziesz]”

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry!

„Wszystko zaczęło się od tego, że ukradłem 5 centów z torebki mojej matki. Później zacząłem kraść w szkole, w sklepach i po domach” - mówił załamującym się głosem dwudziestopięcioletni mężczyzna, który w Stanach Zjednoczonych podczas napadu na bank zastrzelił strażnika i został za to skażany na śmierć. Bezpośrednio przed wykonaniem wyroku zapytano go, jakie jest jego ostatnie życzenie i co chciałby powiedzieć swoim najbliższym? Wtedy to właśnie udzielił on tego przejmującego ostrzeżenia:

„Wszystko zaczęło się od tego, że ukradłem 5 centów z torebki mojej matki. Później zacząłem kraść w szkole, w sklepach i po domach. Potem zacząłem kraść wspólnie z kilkoma kolegami. – kontynuował. Kradzieże te stawały się coraz poważniejsze. Zdecydowaliśmy wreszcie, że obrabujemy bank. I właśnie w czasie tego napadu na bank postrzeliłem śmiertelnie strażnika. Za chwilę poniosę za to karę, umierając na krześle elektrycznym. W tej ostatniej chwili mojego życia chciałbym ostrzec innych młodych ludzi, aby nie popełniali w swoim życiu podobnych błędów. W moim wypadku wszystko zaczęło się od drobnej kwoty 5 centów, które ukradłem z torebki mojej matki”.

,,Idź precz, szatanie! [Bogu... samemu służyć będziesz]”

Dziś, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, Ewangelia stawia przed nami osobę Chrystusa, który jest kuszony przez diabła. Na pierwszym natomiast planie widzimy pierwszych rodziców kuszonych do grzechu przez biblijnego węża – szatana. Nieszczęście grzechu, zła, popadnięcia w nałóg zawsze rozpoczyna się zazwyczaj od drobnej rzeczy. Od podszeptu szatana, jak w pierwszym czytaniu z Księgi Rodzaju. Pierwsi rodzice, Adam i Ewa, posłuchali podszeptu szatana i przekroczyli nakaz Boży, wydawać by się mogło, w drobnej rzeczy. Zaczęło się więc wszystko bardzo niewinnie, a skończyło się na utracie przyjaźni z Bogiem i na wypędzeniu z raju.

Również w każdym innym wypadku kiedy ludzie łamią prawo Boże, dzieje się podobnie. Zaczyna się od pierwszego papierosa, a kończy na nałogu, z którego tak trudno jest później się wyleczyć. Zaczyna się od jednego kieliszka, a tak często kończy się na nałogu alkoholowym. Zaczyna się od niewinnego flirtu w pracy czy sąsiedztwie, a kończy się na zdradzie małżeńskiej, rozwodzie, rozbiciu małżeństwa i rodziny. Zaczyna się od niewłaściwego kanału w telewizji czy złego kliknięcia myszką w Internecie, a kończy na zniewoleniu wewnętrznym [własną płciowością].

,,Idź precz, szatanie! [Bogu... samemu służyć będziesz]”

Drodzy Bracia i Siostry! Postawa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii jest bardzo pouczająca Jest ona stanowcza i jasna. Ona dziś wzywa nas do naśladowania. Trwa bowiem, także w naszym XXI wieku walka dobra ze złem, trwa nadal kuszenie Chrystusa w Jego członkach. Widzimy to po złu, które wokół nas, które nas dotyka, na które czasem aż ciężko zaradzić. Ale trwa nie tylko kuszenie, ale i trwa zwycięstwo Chrystusa nad szatanem i jego mocą. Widać to chociażby bo tych licznych kanonizacjach i beatyfikacjach dokonanych za pontyfikatu naszego papieża. Walka dobra ze złem, słabości z cnotą, grzechu z łaską trwa wokół mnie i we mnie. W oparciu o łaskę i moc Chrystusa powinienem nawet przy najdrobniejszej pokusie mówić: „apage satanas - idź precz szatanie”. W tej walce nie wolno nam pozostawać w samotności i liczyć tylko na swoje siły. Pierwsi ludzie byli kuszeni i upadli. Zapomnieli o Boga. Liczyli tylko na siebie.

Nie bagatelizujmy zatem w naszym życiu najmniejszego nawet zła. Przede wszystkim nie bagatelizujmy szatana. Współcześnie wielu uśmiecha się z niedowierzaniem, kiedy słyszy słowo ,,szatan". Wielu nie wierzy w jego istnienie. Jeden z ostatnich papieży powiedział, że ,,największym osiągnięciem szatana w naszych czasach jest to, że ludzie przestali wierzyć w jego istnienie". A prawda jest taka, że szatan istnieje. Mówią o tym chociażby „Wyznania egzorcysty” czy obecne także dzisiaj opętania diabelskie. Każda diecezja ma przecież swojego egzorcystę do walki z szatanem. Gdyby szatan nie istniał i nie był dla nas groźnym przeciwnikiem, to nie ostrzegałaby nas przed nim dzisiejsza Ewangelia, w której szatan ośmiela się kusić samego Chrystusa. Gdyby szatan nie istniał, nie mówiło by nam o nim dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Rodzaju. I dzisiaj istnieje i działa Zły, nieprzyjaciel wszystkiego co Boskie i prawdziwie ludzkie w człowieku. Szatan – to nie mit, to nie bajeczka dla niegrzecznych dzieci – to przerażająca rzeczywistość. Nie łudźmy się, że nas to ominie, nie dotknie nas w budowaniu ładu Bożego w naszym sercu, w rodzinie, w otoczeniu. Ta walka zapowiedziana już w początkowych dziejach człowieka nieustannie trwa. Szatan istnieje, trwa kuszenie nie tylko Pana Jezusa, ale jego uczniów. Pomyślmy tutaj o naszej niecierpliwości, lekkomyślności, lekceważeniu zła, uśpieniu sumienia, a może chęci, aby w czasach naszej biedy kamienie stały się chlebem. Jakże wulgarne, przerażające formy i sposoby przybiera dzisiejsze kuszenie, jaką pozornie miłą przynęta stają się spreparowane pokusy i obiecanki. On, szatan zawsze bowiem pokazuje nam zło jako dobro, które Ewangelii rzeczywistości i ostatecznie stanie się dla nas złem. Bo czy nie jest chwilowym dobrem np. pycha, by się docenić; chciwość, by się wzbogacić; nieczystość, by zażyć przyjemności, lenistwo, by odpocząć; gniew, by się wyładować. Na krótką metę to jest dobre, ale ostatecznie obraca się to przeciw nam. Szatan jest przebiegły i wie, że gdyby nam od razu zło tego uczynku ukazał to byśmy za nim nie poszli dlatego bądźmy czujni i zawsze pamiętajmy o jego działaniu!

,,Idź precz, szatanie! [Bogu... samemu służyć będziesz]”

Umiłowani w Chrystusie Bracia i Siostry! W wielu miejscach karty Pisma Św. mówią o istnieniu szatana. Św. Jan opisuje w Księdze Apokalipsy scenę walki szatana z aniołami: ,,I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło. I został strącony wielki Smok, Wąż Starodawny, który się zwie diabeł i szatan” /Ap 12, 7-97. Zaś św. Piotr napomni nas słowami: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając, kogo pożreć” /1P 5, 8/.

Jak więc widzimy, dla nas ludzi szatan jest bardzo groźnym przeciwnikiem, nie wolno nam go zatem nigdy lekceważyć. Tym bardziej że jako upadły anioł, szatan posiada inteligencję przewyższającą nasz rozum i wyobrażenie.

Pan Jezus nie dał w dzisiejszej Ewangelii kuszącemu Go szatanowi zbyt wielkiego pola do popisu. Nie wchodził z nim w żadne pertraktacje, tylko już w zarodku odrzucał jego pokusy. Czyńmy i my podobnie. Przede wszystkim starajmy się być blisko Boga. Człowiekowi, który jest blisko Boga, szatan nigdy nie może zaszkodzić.

Tragedią tego człowieka, który został skazany na śmierć za zastrzelenie strażnika, było to, że nie potrafił wyzwolić się ze szponów zła, popełniał coraz większe grzechy i staczał się coraz to niżej. Nie popełniajmy takiego błędu w naszym życiu. Nie lekceważmy szatana i jego pokus. Postawmy tamę dla naszych złych uczynków. Starajmy się zbliżyć do Boga, jeżeli się od Niego oddaliliśmy poprzez nasze grzechy.

Wspaniałą okazją do tego, aby odwrócić się od szatana, zła i grzechu, i wstąpić na drogę miłości Boga i czynienia dobra, jest czas Wielkiego Postu, który rozpoczęliśmy. Zróbmy wszystko, aby był to święty czas łaski, nawrócenia i pojednania się z Bogiem. Wpatrujmy się w tym czasie w Chrystusa wiszącego na krzyżu. Uznajmy i wyznajmy nasze grzechy w sakramencie pokuty. Weźmy do serca pouczenie, którego udziela nam w swoim liście św. Jakub apostoł: ,,Bądźcie poddani Bogu, przeciwstawiając się natomiast diabłu, a ucieknie od was. Przystąpcie bliżej do Boga, to i On zbliży się do was. Oczyśćcie ręce, grzesznicy, uświęćcie serca, ludzie chwiejni. (...) Uniżcie się przed Panem, a On was wywyższy". /Jk 4, 7-8, 107

,,Idź precz, szatanie! [Bogu... samemu służyć będziesz]”

Do góry

***

II NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU 20.02.2005

Iczyt. Rdz 12J-4a; Ps 33; II czyt. 2 Tm l,8b-10; Ew. Mt 77,7-9

Proponowane pieśni:

Na wejście - „Ach, mój Jezu"

Na przygotowanie darów - „Gdzie miłość wzajemna"

Na komunię - „Ja wiem, w kogo ja wierzę"

Na uwielbienie - „Dziękczynne pieśni śpiewajmy"

Na zakończenie - „Oto Jezus umiera"

Wprowadzenie do Mszy Świętej

Liturgia drugiej niedzieli Wielkiego Postu prowadzi nas na górę, gdzie w kontekście chwały przemienienia Jezusa rozbrzmiewa głos Ojca: „To jest mój Syn umiłowany, (...) Jego słuchajcie" (Mt 17,5). Niech wezwanie Boga do posłuszeństwa Jego Słowu stanie się dla nas programem życia, byśmy mogli cieszyć się Jego błogosławieństwem.

Za wszelkie nasze nieposłuszeństwa wobec Boga, które skutkują w naszym życiu grzechem, przeprośmy teraz naszego Ojca w niebie, byśmy mogli w jak najlepszym usposobieniu uczestniczyć w Najświętszej Ofierze.

Posłuszeństwo Bogu warunkiem Bożego błogosławieństwa

/. Słuchać i być posłusznym

Trzykrotnie w dzisiejszej liturgii Mszy Świętej (werset przed Ewangelią, Ewangelia, Antyfona na Komunię) Kościół przywołuje słowa Boga Ojca: „To jest mój Syn umiłowany, (...) Jego słuchajcie" (Mt 17,5). Zwracają one naszą uwagę na Jezusa Chrystusa, jedynego Odkupiciela Człowieka. On jest centralną postacią całej historii zbawienia i w Nim wypełnia się wola Boża, która pragnie zbawienia wszystkich ludzi. Bóg wskazując na swojego Syna, wzywa nas, abyśmy Go „słuchali". Rozumiemy jednak doskonale, że samo słuchanie w sensie odbioru dźwięków, jakie do nas docierają, pozostaje bezużyteczne. Dopiero wówczas, gdy słuchanie rodzi refleksję, a ta decyzję woli do zamieniania usłyszanej treści w czyn, staje się posłuszeństwem, rozumianym jako „poddawanie się czyjejś woli, wykonywanie czyichś rozkazów, słuchanie kogoś, karność, subordynacja" (Słownik języka polskiego, t. II, Warszawa 1992, s. 838).

Kiedy Bóg mówi: „Jego słuchajcie" (Mt 17,5), wskazując na swojego Syna, to domaga się z naszej strony posłuszeństwa, czyli poddania się Jego woli, wypełnienia Jego poleceń. Doskonałym wzorem posłuszeństwa Bogu Ojcu jest sam Jezus Chrystus, który o sobie powiedział: „Nie przyszedłem, aby pełnić swoją wolę, ale wolę tego, który mnie posłał, Ojca" (J 6,38).

Wydarzenie przemienienia na górze Tabor - o którym słyszeliśmy w Ewangelii - dokonuje się w kontekście zapowiedzi męki i zmartwychwstania, jako centralnych wydarzeń zbawczych. Zwykliśmy rozumieć to wydarzenie jako umocnienie uczniów na trudne dni męki i poniżenia ich Mistrza, które mogłyby zachwiać ich wiarę. Wydarzenie to zachowuje jednak również sens głębszy. Ukazanie chwały Jezusa uzmysławia uczniom wartość posłuszeństwa Bogu. Łączy się ono zawsze z pewnym wysiłkiem, trudem, a nawet cierpieniem i śmiercią, ale jego ostateczny finał przerasta je wszystkie i staje się czynnikiem mobilizującym do jego podjęcia.

Konsekwencją posłuszeństwa Bogu jest Jego błogosławieństwo, którego wartość nie da się z niczym porównać, Trudno stwierdzić, czy taką świadomość mieli świadkowie przemienienia, jednak zachwyt wyrażony w słowach: „Panie dobrze, że tu jesteśmy" (Mt 17,4) i chęć pozostania i trwania w tym stanie świadczą, że to, co stało się ich udziałem nie dało się z niczym porównać i przerastało wszelkie wyobrażenia o szczęściu.

//. Z posłuszeństwem łączy się zawsze błogosławieństwo

podczas jednej z uroczystości z okazji jubileuszu kapłaństwa Dostojny Jubilat zabrał głos jako ostatni i powiedział: „Z perspektywy moich sześćdziesięciu lat kapłaństwa muszę wyznać: «Z posłuszeństwem łączy się zawsze błogosławieństwo)) i za psalmistą proszę: «Panie, nie opuszczaj mnie w mojej starości)) (por. Ps 71,9)". Wyznanie tego kapłana, za którym kryje się doświadczenie życia zawiera w sobie prawdę, którą potwierdza czytane dziś słowo Boże. Bóg oczekuje posłuszeństwa swojemu słowu i nagradza je swoim błogosławieństwem.

Przywołajmy jeszcze postać Abrahama z dzisiejszego pierwszego czytania. Oto Bóg kieruje do niego wezwanie: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę" (Rdz 12,1). Odpowiedzią było wypełnienie wezwania Bożego: Abraham „udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał" (Rdz 12,4a). Z dziejów zbawienia wiemy, że spełniła się na nim obietnica, jaką Bóg związał ze swoim wezwaniem. Abraham stał się ojcem narodu, przez który miały się spełnić obietnice zbawienia. Tak posłuszeństwo Bogu stało się źródłem błogosławieństwa, a patriarcha stał się wzorem zawierzenia Bogu, który „wbrew nadziei uwierzył nadziei (...) i nie zachwiał się w wierze, (...) dlatego też poczytano mu to za sprawiedliwość" (Rz 4,18-22). Słusznie przeto nazywamy go ojcem naszej wiary, która domaga się od nas zawierzenia Bogu i posłuszeństwa Jego wezwaniom.

Święty Paweł - o czym słyszeliśmy w drugim czytaniu -skierował do Tymoteusza wezwanie: „Weź udział w trudnościach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii, (...) bo Chrystus rzucił światło na życie i na nieśmiertelność przez Ewangelię" (2 Tm 1,8-10). Jest to wezwanie do posłuszeństwa powołaniu, które odnosi się do każdego z nas. Sens podjęcia powołania chrześcijańskiego i związanego z nim trudu możliwy jest do zrozumienia dzięki światłu Ewangelii, które nadaje mu wartość nieprzemijającą i ostatecznie łączy się zawsze z błogosławieństwem Boga.

///. Komu ufać, komu wierzyć?

Dzisiejsza liturgia słowa prowokuje pytanie, które stawia autor jednej z religijnych piosenek: „Komu ufać, komu wierzyć?". Świat dzisiejszy na różne sposoby stara się mówić, czasami nawet krzyczy i chce być słuchany. Wystarczy włączyć telewizor lub radio, wziąć do ręki gazetę, a już po chwili zorientujemy się, że wszyscy mówiący przed kamerą lub do mikrofonu, czy też formułujący swoje myśli na piśmie oczekują nie tylko wysłuchania tego, co mają do powiedzenia, ale często oczekują również podporządkowania się ich słowom. Wystarczy też zwrócić uwagę na wszechobecną dzisiaj reklamę, która bywa słusznie przez niektórych porównywana do broni masowego rażenia. Takie bowiem wywołuje ona spustoszenie. Obiecywane przez nich odbiorcom „błogosławieństwo", związane z posiadaniem oferowanego „dobra", okazuje się jednak najczęściej kolejnym złudzeniem, rodzącym frustrację i niezadowolenie. A jednak ciągle jej ulegają.

Podobnie działa propaganda polityczna. Wiele razy zostaliśmy zawiedzeni, a często zachowujemy się jak dzieci, którym kolejny raz obiecano „cukierek". Wciąż wierzymy w spełnienie nierealnych obietnic i zapominamy, że ci sami ludzie kilka lat wcześniej nam to samo obiecywali. Przykłady można by mnożyć.

Postawmy jednak pytanie: dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź nasuwa się sama. Ciągle na realizację oczekuje wezwanie Boga z dzisiejszej Ewangelii: „To jest mój Syn umiłowany (...) Jego słuchajcie" (Mt 17.5). Jeśli naszego życia nie zaczniemy budować na fundamencie Bożych przykazań, na Ewangelii Chrystusa, wszystko w końcu legnie w gruzy. Gdy bowiem zabraknie wierności słowu Boga, to w jej miejsce pojawi się wierność ludzkim pomysłom, które pozbawione odniesienia do Ewangelii, ostatecznie prowadzą donikąd. Popatrzmy chociażby na ciągle powracający problem życia nienarodzonych. Z jednej strony otwarcie ustanawia się prawa sankcjonujące łamanie prawa Bożego „nie zabijaj", a z drugiej, widać to już wyraźnie, zmniejsza się liczba urodzin, co w niedalekiej przyszłości może doprowadzić do takiego zestarzenia się społeczeństwa, że nie będzie ono zdolne funkcjonować. Nieposłuszeństwo Bogu zawsze owocuje klęską człowieka.

Przypomnijmy na koniec wołanie Ojca Świętego Jana Pawła II podczas Jego czwartej pielgrzymki do Ojczyzny: „Proszę Was, wszyscy moi Rodacy, Synowie i Córki wspólnej Ojczyzny, abyście nie pozwolili rozbić tego naczynia, które zawiera Bożą Prawdę i Boże Prawo. (...) Abyście sklejali je z powrotem, jeśli popękało. Abyście nigdy nie zapominali (...)-dekalogu - dziesięć słów. Od tych dziesięciu prostych słów zależy przyszłość człowieka i społeczeństw. Przyszłość narodu, państwa, Europy, świata" (Jan Paweł II, Bogu dziękujcie, ducha nie gaście. IV pielgrzymka do Ojczyzny, Kraków 1991, s. 17).

Niech z nową mocą zabrzmią dziś dla nas słowa Boga: „Jego słuchajcie!" (Mt 17,5), abyśmy mogli zasłużyć na Jego błogosławieństwo i wyznać z Piotrem: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy" (Mt 17,4).

Do góry

***

II Niedz. Wielkiego Postu – r. A Ks. A. Papież Trzesn 2005

CUD, KTÓRY TRWA

Drodzy Bracia i Siostry! Uczestnicząc w niedzielnej Eucharystii jesteśmy świadkami niezwykłego przemienienia, jakie „mocą Ducha Świętego”, za pośrednictwem kapłana dokonuje się na ołtarzu; przemienienia chleba w Ciało, a wina w Krew Pana naszego Jezusa Chrystusa. W tej przemianie – tajemniczej, cudownej przemianie uczestniczymy po raz kolejny (wtóry).

Umiłowani! Przemiana – to słowo, do którego dałoby się sprowadzić także zasadniczą wymowę dzisiejszej Liturgii Słowa. Oto w 1 czytaniu Abram słysząc głos wzywającego Boga zawierza Mu, a wychodząc ze swojego rodzinnego domu dokonuje przemiany dotychczasowego sposobu życia. Również w 2 czytaniu św. Paweł powołując się na zmianę naszej ziemskiej perspektywy dokonanej przez „Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a rzucił światło na życie i nieśmiertelność przez Ewangelię” wzywa Tymoteusza do przemiany dotychczasowego życia i do „wzięcia udziału w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii”. Natomiast w Ewangelii, wg św. Mateusza, którą przed chwilą słyszeliśmy „Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło”.

To przemienienie, jakiego wobec uczniów dokonał Jezus opisują wszyscy trzej Ewangeliści - Synoptycy. Ich relacje są zaskakująco ze sobą zgodne. Przemienienie Chrystusa na górze Tabor jest faktem historycznym, gdyż dokonało się w określonej przestrzeni, w określonym czasie, z udziałem określonych osób - i jako takie przeszło nieuchronnie do historii. Miało ono dla nas jakieś znaczenie, gdyż było fragmentem dokonującej się nieustannie historii naszego -mojego i Twojego - zbawienia. Ale ono nie tylko miało, ale nadal ma, dlatego, że chociażby w swojej symbolicznej wymowie, w swej tajemnicy, trwa ono nadal.

2. Droga Siostro i drogi Bracie! Słysząc dzisiaj słowo „przemiana” zachciej razem z Jezusem zatrzymać się przez chwilę nad miejscem twojego przemienienia, jakie dokonują się w Tobie, czy wokół Ciebie. Bo wobec przemiany nikt nie może przejść obojętnie, gdyż chcąc nie chcąc dokonuje się ona;

po pierwsze - w naszym wnętrzu,

po drugie - w centrum naszego życia i

po trzecie - jest ona również przed nami.

Tak, Drogi Słuchaczu! Góra Przemienienia nie jest jedynie górą, na którą wspinają się pielgrzymi odwiedzający Ziemię Świętą. Przekracza ona wymiar przestrzenny, geograficzne granice Palestyny i nieustannie w niej obecna staje się własnością całej ludzkości. Bo

- Góra Przemienienia jest w naszym wnętrzu!

Przecież i w nas nieustannie przemienia się oblicze Jezusa Chrystusa. Inne oblicze miał Chrystus naszego dzieciństwa, inne - naszej młodości „często górnej i durnej" - jak pisze poeta, inne - naszych zwątpień, grzechów, chorób, cierpień; inne naszych tryumfów, wzruszeń i zachwytów, inne - naszego wieku dojrzałego. Na tej przemianie polega właśnie rozwój naszej wiary, postęp w życiu chrześcijańskim; tym naznaczona jest nasza droga do świętości. Jest to nieustanne zgłębianie tajemnicy Chrystusa przez odkrywanie coraz to innego Jego oblicza. Mamy nadzieję, że dokonujące się w nas przemiany oblicza Chrystusa zbliżają nas coraz bardziej do tego oblicza, jakie odsłonił On wybranym apostołom na Górze Tabor. (I tak właśnie) przestaje On być dla nas jedynie jednym z wybitnych ludzi historii, jakimś myślicielem, mędrcem, wędrownym nauczycielem, reformatorem religijnym, założycielem nowej wspólnoty religijnej. Zaczynamy dopatrywać się w Nim jaśniejącego Boskim blaskiem Syna Boga Ojca, obdarowanego mocą Ducha Świętego, który zawsze jest w drodze do Jerozolimy, aby dokonać naszego zbawienia.

Odkrycie owego Boskiego oblicza Chrystusa dla wielu ludzi staje się czymś tak ważnym, że podobnie jak apostołowie z Góry Przemienienia pragną całe życie poświęcić na Jego kontemplowanie. Wiążą więc swoje życie na zawsze z Chrystusem. Żyją wyłącznie dla Niego i dla Niego umierają.

Do kontemplacji owego oblicza Chrystusa zaprasza nas Ojciec Święty w liście apostolskim skierowanym do nas na rozpoczęcie nowego tysiąclecia chrześcijaństwa. Wytyczony przez niego program duszpasterski streszcza się właśnie w tych słowach: kontemplacja oblicza Chrystusa (por. NMI 15).

Drogi Bracie i Siostro! Góra Przemienienia staje się własnością całej ludzkości, staje się cechą moją i Twoją, gdyż

- Góra Przemienienia jest stoi także w centrum naszego życia. Przecież to życie podlega nieustannym zmianom. Przemiany te mogą iść w lepszym lub gorszym kierunku, mogą rozwijać lub niszczyć. I jeśli pamiętamy, że „nie samym chlebem żyje człowiek” i staramy się o pokarm nie tylko dla ciała, ale i dla ducha to wówczas nasze życie przemienia, nie kto inny, tylko przemienione oblicze Chrystusa, jakie kontemplujemy. Przemienia je na lepsze, czyli bardziej chrześcijańskie. Dzieje się tak wówczas, kiedy życie nasze zaczyna być kształtowane przez słowo Boże, a nie przez nasze ludzkie skłonności, upodobania czy namiętności. Słowo Boże dla nas to słowo Jezusa Chrystusa zapisane w Piśmie Świętym, nieustannie głoszone i przypominane przez Kościół w tym celu przez Niego założony. Dopiero kontemplując przemienione oblicze Chrystusa zaczynamy brać po prostu na serio Jego słowo, według wezwania Ojca niebieskiego z góry Tabor: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. Słowo zaś Jezusa Chrystusa wzywa do przemiany. Przecież swoją publiczną działalność rozpoczął On od wezwania do nawrócenia, czyli przemiany: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię (Mk l, 15). Bywają czasy, kiedy owo wezwanie do nawrócenia, do przemiany nasila się. Winniśmy je wówczas przyjmować z wiarą, czyli pełnym zaufaniem i wprowadzać w swoje życie tak, aby je przemieniać.

I jeszcze jedno! Góra Przemienienia nieustannie w niej obecna staje się właściwością całej ludzkości. Bo - Góra Przemienienia jest również przed nami! Przemiana dokonana przez Chrystusa na górze prowadziła do ostatecznej jego przemiany, jaka miała się dokonać w momencie Jego śmierci i zmartwychwstania. Dlatego według świętego Łukasza Mojżesz i Eliasz, którzy towarzyszyli przemienionemu Chrystusowi, mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Podobnie i przemiana, jaka dokonuje się w nas, przygotowuje nas do ostatecznej przemiany, jaka ma się w nas dokonać w momencie naszego „odejścia", czyli śmierci. Przypomina nam o tym święty Piotr Apostoł. Odwołuje się przy tym do przeżycia z Góry Przemienienia., które stanowi dla niego okazję do głoszenia prawdy o paruzji, czyli powtórnym przyjściu Pana naszego Jezusa Chrystusa; zwłaszcza o pewności tego faktu. Nie za wymyślonymi mitami postępowaliśmy wtedy, gdy daliśmy wam poznać moc i przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale nauczaliśmy jako naoczni świadkowie Jego wielkości. Nawiązując do owego, znanego z autopsji faktu, wzywa swoich słuchaczy, aby trwali przy jego przekonaniu aż dzień zaświta, a gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach. Owe pełne nadziei słowa przenikają dziś radością nasze serca.

3. Wszystkie wspomniane i nie wspomniane góry różnorakich przemian, jakie dokonują się w nas, czy wokół nas, spotykają się w Eucharystii, jaką sprawujemy. Jest ona w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu Górą Przemienienia. Eucharystia, to przemiana! Stąd przechodzi ona w nas! Im więcej w nas Eucharystii, tym więcej w nas z tajemniczej góry Przemienienia, tym pełniejsza nasza przemiana, jakiej domaga się od nas Chrystus. Eucharystię zaś bierzemy w siebie najpełniej podczas przyjmowania Komunii. Im godniejsza nasza Komunia, tym pewniejsze nasze zjednoczenie z Chrystusem Zmartwychwstałym, który już teraz daje nam poznać moc swego powtórnego przyjścia w chwale.

Czy można mieć większe pragnienia? Czyż można czuć się bardziej obdarowanym? Czy nie zawołać więc dziś z apostołami: Panie, Rabbi, Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy.

Przeżywamy Dzień Pański. Czy będzie to dzień naszego przemienienia? Będzie, kiedy uświadomimy sobie, co w nas powinno ulec przemianie i podejmiemy trud jej dokonania.

Chyba jest o czym przez chwilę, w ciszy, pomyśleć.

Do góry

***

III Niedziela Wielkiego Postu – kazanie w Łososinie Dolnej.

(Wj 17, 3-7; Ps 95; Rz 5, 1-2.5-8; J 4, 5 -42)

[dk. Rafał Główczyk]

            Do jednej z miejscowości przyszedł żebrak. Prosił on mieszkańców o chleb i wodę. Jednakże w każdym domu mówili mu: „Idź dalej, do sąsiadów, my nie mamy czasu. Przecież widzisz, ze sami jesteśmy głodni i zmęczeni”. I szedł ten żebrak od domu do domu. Przeszedł całą wioskę i nikt nie dał mu pić. Po południowym odpoczynku chłopi wzięli na ramiona kosy i szli na pole. Zdejmowali czapki przy przydrożnym krzyżu. Jeden z nich, gdy spojrzał na Chrystusa powiedział: „Patrzcie, a mnie się wydaje, że skądś go znam”. Zostawili wtedy kosy przy krzyżu i poszli szukać owego żebraka. Nie spotkali go jednak. Poszedł do następnej miejscowości.

            Umiłowani w Chrystusie Siostry i Bracia!

            Każdy z nas ma jeszcze przed oczyma scenę z dzisiejszej Ewangelii, scenę spotkania dwóch osób – Jezusa i Samarytanki. A w naszych uszach żywo brzmią słowa rozmowy przez nich prowadzonej. Być może w sercu niejednego i niejednej z nas pojawiają się uczucia lekkiej zazdrości w stosunku do owej Samarytanki. Myślimy sobie być może: „Miała szczęście ta Samarytanka, spotkała Jezusa i rozmawiała z Nim w cztery oczy”.

            A „Jezus zmęczony drogą siedział przy studni” (J 4, 6b). Przy studni, bo tam była świeża woda, która dawała wzmocnienie podróżującym w najgorętszej porze dnia. Ewangelista Jan ukazał nam realistycznie Jezusa udręczonego drogą, ale zawsze gotowego do pełnienia zbawczej misji zleconej mu przez Ojca. I wtedy pojawiła się Samarytanka. Jej pojawienie się było czymś wyjątkowym, ponieważ zwykle wodę czerpano w mniej upalnej porze dnia, a św. Jan wspomina, że miało to miejsce o godzinie szóstej, czyli w południe.

            Doszło wówczas do spotkania tych dwóch osób. Spotkania jakże obfitego i bogatego w skutki dla Samarytanki i mieszkańców pobliskiego miasta. Ona poznała, że Nauczyciel wszystko o niej wie. Nawet zna jej grzechy. Uwierzyła w Chrystusa. Zostawiła dzban przy studni i poszła do miasta żeby powiedzieć innym o Mesjaszu – Bogu. A mieszkańcy jej odpowiedzieli: „…jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (J 4,42).

            Drodzy Bracia i Siostry!

            Zechciejmy dziś, w III Niedzielę Wielkiego Postu skupić się na tym temacie spotkania dwóch osób. Pomyślmy o naszych spotkaniach sam na sam z Jesusem. Zastanówmy się przez te parę chwil nad sensem naszych spotkań z Mesjaszem – Bogiem. Co te spotkania nam dają, kiedy się dokonują? I czy prowadzą do jakichś zmian w naszym życiu?

            Ewangelia mnoży nam przykłady ludzi, którzy mieli szczęście spotkać się z Jezusem. Nie była to, tylko owa Samarytanka. Jezusa spotkał Jan Chrzciciel i mówił ludziom, że nie jest godzien rozwiązać rzemyków u Jego sandałów. Jezusa spotkali też młodzi uczniowie Jana Chrzciciela: Jan i Andrzej. Chcieli zobaczyć z bliska Pana Jezusa, pytali Go: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Usłyszeli odpowiedź – „Chodźcie a zobaczycie” – a gdy zobaczyli już zostali z Nim, tak bardzo Go pokochali. Spotkał Pana Natanael, któremu Jezus powiedział, że widział go pod drzewem figowym. Spotkanie to doprowadziło Natanaela do wyznania: „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym”. Spotkał też Chrystusa celnik Mateusz – spotkanie to dokonało w nim przemiany, został z Jezusem, został jednym z Apostołów. Spotkał Jezusa Zacheusz, który z powodu niskiego wzrostu musiał wyjść na drzewo. Jego też przemieniło to spotkanie, zdecydował oddać poczwórnie ty, których skrzywdził.. Spotkała Go też Samarytanka z dzisiejszej Ewangelii i poznała, że On jest Mesjaszem. I można by mnożyć te przykłady, ale nie jesteśmy w stanie podać wszystkich. Wielu, bowiem było bezimiennych, tych uzdrowionych, oczyszczonych, który Go spotkali na swej życiowej drodze.

            Drodzy!

             Mam dla wszystkich dobrą nowinę. Wszyscy ją znamy, ale czy nie przyjemnie ją po raz kolejny usłyszeć. Dla Jezusa, dla spotkania z Nim nie ma żadnych barier, żadnej zapory, nie ma takiej przeszkody, której On nie mógłby pokonać. Chyba, że nasze serce jest tak zatwardziałe, Jezus spotka się z każdym, kto tego potrzebuje. On wszystko pokona, nie stawia żadnych warunków wstępnych. Zauważmy też bardzo ważną sprawę, że wszyscy, którzy spotkali Jezusa nie mogli się Jemu napatrzeć. Poszli za Nim. Pokochali Go od razu. Taki jest ten Pan Jezus, gdy raz człowiek Go zobaczy, gdy usłyszy jedno Jego słowo, gdy zobaczy jeden cud już nie jest w stanie od Niego odejść.

            Zapytajmy samych siebie. Jak jest w naszym życiu? Gdzie my możemy spotkać się z Jezusem? Gdzie możemy prowadzić z Nim dialog, który doprowadzi nas do szczerego i radosnego wyznania za św. Tomaszem: „Pan mój i Bóg mój”.

            Moi Drodzy!

            Pierwszym miejscem spotkania z Jezusem jest modlitwa. To w tym naszym cichym dialogu ze Zbawicielem możemy naprawdę być z Nim sam na sam. Tam w głębi naszego serca możemy Mu powiedzieć wszystko. I nie tylko możemy, ale powinniśmy Mu mówić o wszystkim. On tego oczekuje od nas tak jak oczekiwał i domagał się od św. Faustyny, aby ta mówiła Mu o wszystkich, nawet najbardziej błahych sprawach swego życia. Mówmy Mu o wszystkim: o naszych radościach, powodzeniach, sukcesach. Ale mówmy Mu też o tym, co boli, o naszych cierpieniach, o problemach w szkole, w rodzinie, w pracy. Bo tylko On potrafi nas zrozumieć i pocieszyć. Z Jezusem możemy się też spotkać czytając i rozmyślając nad Pismem św., a szczególnie nad Ewangeliami.

            Jednakże najwspanialsze spotkanie z Chrystusem dokonuje się wówczas, gdy z czystym sercem uczestniczymy we Mszy św., gdy przyjmujemy Go do naszych serc w Komunii świętej. Św. Tomasz a Kempis w dziele „O naśladowaniu Chrystusa” mówi o tym fascynującym spotkaniu człowieka ze swoim Zbawicielem:

            „Tu w Sakramencie Ołtarza Ty jesteś obecny cały Boże, Bóg i człowiek Jezus Chrystus, tu można zerwać owoc życiodajny wiecznego zbawienia ilekroć przystąpi się do Niego z czcią i oddaniem. Nie przyciąga doń żadna próżność, ciekawość ani czułostkowość, ale silna wiara, ufna nadzieja i głęboka miłość”.

            Moi Drodzy!

             Dzięki Eucharystii nie ma nikogo, kto by żył niepotrzebnie na świecie. Nikt nie może powiedzieć:, komu potrzebne jest moje życie? Po co żyję na świecie? Każdy z nas istnieje na świecie dla bardziej wzniosłego celu, niż mógłby to sobie wyobrazić. Istniejemy po to by być żywą ofiarą, by razem z Jezusem być Eucharystią. W czasie Mszy św., mówi O. Raniero Cantalamesa „możemy stanąć przy Jezusie twarzą w twarz, przy Jezusie, który się modli, który jest kuszony, zmęczony, który umiera na krzyżu, który zmartwychwstaje. On wciąż jest żywy, chociaż nie żyje już w ciele, ale w Duchu”. A nasz papież w liście Mane nobiscum Domine doda: „obecność Jezusa w tabernakulum winna stanowić jakby biegun przyciągania dla coraz większej liczby dusz w Nim zakochanych, zdolnych przez długi czas słuchać Jego głosu i niemal odczuwać bicie Jego serca. Pozostawajmy długo na klęczkach w dialogu z Jezusem obecnym w Eucharystii”, – bo to jest wspaniałe spotkanie.

            Z Jezusem możemy spotkać się w każdym sakramencie, ale też szczególnie w sakramencie Jego miłosierdzia, w sakramencie pokuty i pojednania. To właśnie w czasie tego spotkania możemy powierzyć swoje zranione serca Zbawicielowi. On jako jedyny może ocalić nasze życie, wyzwolić od zagrożenia, od zniszczenia. Jezus nie czeka z obojętnym uśmieszkiem, przyglądając się naszym zmaganiom ze złem. On jest tym, który poszukuje grzesznika, chce się z nim spotkać.

            Bracia i Siostry!

            Uczestniczymy w Eucharystii, czyli w tym szczególnym spotkaniu z Jezusem. To właśnie tu prowadzimy dialog ze Zbawicielem jak owa Samarytanka. Potrzeba, aby to spotkanie nas przemieniało, prowadziło do szczerego wyznania miłości Jezusowi. Za kilka chwil na słowa kapłana, przyjdzie do nas Zbawiciel, do naszych serc przyjmiemy Go w Komunii św., „która jest nam dana, byśmy sycili się Bogiem na tej ziemi w oczekiwaniu na pełne zaspokojenie w niebie” mówi Jan Paweł II.

            Przeżywamy Wielki Post – a więc czas pokuty i nawrócenia. Już za niedługo rekolekcje i spowiedź rekolekcyjna i wielkopostna. Skorzystajmy, z tego daru, z tego spotkania z dobrocią i miłością Chrystusa, abyśmy mogli jak najowocniej przeżyć Święta Jego zmartwychwstania, aby On mógł zmartwychwstać w naszych sercach.

            Na koniec módlmy się razem z księdzem Twardowskim słowami jego wiersza, abyśmy po każdym spotkaniu z Jezusem:

            „… byli chlebem, który krają,

            żywicą, którą z sosny na kadzidło skrobią

            czymś, z czego robią radio

            żeby choremu przy termometrze śpiewało

zegarem, który w samolocie jak obrazek ze świętym       Krzysztofem leci

            żółtym, dla dzieci balonem –

            a zawsze hostią małą

            gorętszą od spojrzenia

            co się zmienia w ofierze”.

                                                                        Amen.

 

Do góry

***

IV niedz. W Postu - PRZEJRZEĆ, ABY UWIERZYĆ - Ks. A. Papież

l. Wartość widzenia

Bracia i Siostry! Zdarza się niekiedy, że człowiek niewidomy na skutek skomplikowanych zabiegów medycznych, odzyskuje wzrok. Dla nas, ludzi widzących, niewyobrażalny jest moment pierwszego spojrzenia na świat: człowiek, który dotychczas jedynie słyszał o kolorach, dotykał przedmiotów, widział wyłącznie oczyma wyobraźni, teraz zaczyna żyć jakby w innym świecie. Wzrok to (chyba) jeden z najbardziej cennych zmysłów. Szczególnie w młodości ma on wyjątkową wartość. W tym wieku, bowiem poznajemy świat, ludzi, uczymy się dostrzegać potrzeby innych... Widzenie ma też związek z miłością. Jan Dobraczyński, w jednej ze swoich powieści, pisał o tej zależności: „Ciężko jest kochać i nie widzieć. Gdy się kocha pragnie się zobaczyć przedmiot swej miłości bodaj cudzymi oczami". Wartość widzenia jest więc, jak się wydaje, nie do przecenienia.

Doświadczył tego człowiek niewidomy, uzdrowiony przez Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Zobaczył świat i ludzi. Przejrzał dzięki Jezusowi. W dniu, w którym ujrzał świat, uwierzył w Syna Człowieczego tzn. Jezusa, Mesjasza Syna Bożego -Tego, który otworzył jego oczy. Chrystus dokonując cudu przywrócenia wzroku niewidomemu, jednocześnie wzbudził w nim wiarę.

II. Widzenie oczyma wiary

Drodzy Bracia i Siostry! Każdy akt wiary jest takim przejrzeniem. Żyjemy w świecie, przebywamy wśród swoich bliskich: w pracy, szkole, sąsiedztwie, przeżywamy takie czy inne radości i problemy, ale dopiero wiara rzuca właściwe światło na wszystko, co nas otacza. Dzieje się tak jedynie wówczas, kiedy mamy odwagę patrzeć na świat przez pryzmat wiary. W akcie wiary dostrzegamy często właściwy sens, nowy wymiar tego, co jest i co dzieje się w nas i wokół nas.

Niestety nie wszyscy mogą powiedzieć o sobie, że dobrze widzą, gdyż nie umieją, a raczej nie chcą spojrzeć na to, co ich otacza i co ich spotyka w świetle wiary. O takich Chrystus mówi, że maja oczy i patrzą, a nie widzą, że mają uszy i słuchają, a nie słyszą.

Jakże wielu jest dziś takich, którym wiara jest niepotrzebna lub też twierdzą, że wierzą, ale Kościół jest im do tego zupełnie niepotrzebny. Nieraz można usłyszeć stwierdzenie: „Jestem wierzący, ale niepraktykujący". A młodzi czasem powtarzają: Kościół nie jest mi do niczego potrzebny, albo: Co ja z tego będę miał, jeśli pójdę do kościoła?

Z czego wynikają podobne poglądy? Czy ich źródłem nie jest wygodnictwo, lenistwo, pycha , a może jeszcze coś innego (może inne powody...) Jedno jest pewne: niewątpliwie wynika ona z fałszywie pojętej roli i misji Kościoła Chrystusowego.

III. Kościół wspomagający widzenie

Drogi Bracie i Droga Siostro! Człowiek, który wyklucza wspólnotę Kościoła ze strefy swego postrzegania świata, jest podobny do niewidomego z dzisiejszej Ewangelii. Porusza się niejako po omacku (doczesnego życia), i nie dostrzega wspaniałych kolorów i kształtów (życia wiecznego). Zamyka się niejako w jednopokojowym mieszkaniu zamykając przed sobą dostęp do pokoju drugiego – pokoju wieczności. Kościół ziemski, choć nie zawsze doskonały, gdyż tworzą go słabi ludzie, otrzymał od Chrystusa, swego Założyciela dary, które pozwalają przejrzeć, widzieć jasno i wyraźnie, widzieć daleko, perspektywicznie, mieć przed oczyma cel – właśnie ten drugi pokój. I to nie tylko mieć i go oglądać, ale nawet w nim mieszkać. Po to właśnie są sakramenty, które włączają nas w życie Boga, po to liturgia, którą uwielbiamy Boga i uświęcamy siebie i po to Słowo Boże, aby wiedzieć. To po to przychodzimy tu do kościoła - by nie być ślepym. Bo... (napisze M. Maliński)

„Nie wystarcza uwierzyć, że Bóg jest.

Trzeba, żebyś uwierzył, że Bóg jest twoim Zbawicielem. Trzeba, żebyś uwierzył, że Bóg może cię wybawić od bezsensu życia, od zła, od cierpienia, od śmierci.

Dokonać się to może najprościej wtedy, gdy włączysz się w nurt życia Kościoła, gdy będziesz uczestniczył w tajemnicach narodzenia, życia, śmierci, zmartwychwstania Chrystusa; gdy uwierzysz, że w święto Bożego Narodzenia On dla ciebie się rodzi, w Wielkim Poście dla ciebie cierpi, w Wielkanoc dla ciebie zmartwychwstaje, w Zielone Święta tobie zsyła Ducha Świętego, że w niedzielnych Ewangeliach ciebie poucza. Wtedy rzeczywiście On będzie kształtował twoje doznania, świat twoich myśli, uczuć, twoje postępowanie: stanie się twoim Zbawicielem”. Bo – Kochani – gdy osobiście nie spotkamy Zbawiciela nie zbawimy się... nie odnajdziemy sensu... zostaniemy ślepi.

IV. „Postępujcie jak dzieci światłości"

„Bracia - pisze Paweł apostoł do wiernych z Efezu - niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu. Postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda". My, którzy dzięki wierze odzyskaliśmy wzrok winniśmy postępować jak dzieci światłości. Nasze światło ma przyświecać innym, prowadząc ich do Kościoła Chrystusowego, gdzie mogą jasno dostrzec cel swej ziemskiej wędrówki. Pomóżmy innym przejrzeć, odzyskać wzrok, dostrzec cel, pokażmy, że warto żyć dla innych, niż tylko ziemskie, celów. Być może wówczas i oni odnajdą drogę do Chrystusa, który także dziś, przez swój Kościół, chce obdarzać ludzi wzrokiem wiary. Ale czy postępujemy jak dzieci światłości, której owocem „jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda"...?

Do góry

***

5 niedz. W. Postu r. A RELIGIA OTWARTEGO GROBU Ks. Andrzej Papież

Drodzy Bracia i Siostry! Wszystkie religie świata i wszystkie myśli ludzkiego ducha znajdują swoją weryfikację w grobie. Historia filozofii opowiada nam o setkach ludzi, którzy w kulturze grecko-rzymskiej, a następnie w europejskiej próbowali odnaleźć prawdę i wytyczyć człowiekowi drogę do szczęścia. Wszyscy jednak - zarówno oni, jak i ich zwolennicy - znaleźli się w grobie. Podobnie rzecz się ma z religiami świata. Istnieją ich setki. Twórcy i wyznawcy owych religii również spotykają się w grobie.

Ale jest Ktoś, kto pokonał grób. Jest Ktoś, kto wychodzi z grobu? Jasną naukę o zmartwychwstaniu podaje tylko Chrystus. Definicja chrześcijańskiej religii jest prosta. Jest to religia otwartego grobu. Religia, dla której grób jest tylko łożem śpiącego człowieka.

Dzieje się tak, gdyż wszystkie inne filozofie i religie świata opierają swoje zasady na etyce sytuacyjnej, a ta w obliczu śmierci i grobu jest bezradna. Śmierć jest jej klęską. Etyka, którą głosi Chrystus, obiera się na bożych, niezmiennych prawdach i chociaż również zakłada konfrontację ze śmiercią, to z tej konfrontacji wychodzi zwycięsko. Etyka sytuacyjna jest przeto w rezultacie etyką śmierci. Etyka Chrystusa jest etyką zwycięskiego życia.

Drodzy Bracia i Siostry! Cud wskrzeszenia Łazarza, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, znajduje się w samym centrum czwartej Ewangelii. Św. Jan, który opisuje tylko 8 cudów, przez ten cud pragnie wyakcentować i mocno podkreślić, że Jezus jest prawdziwym Synem Bożym, jest Bogiem, który buduje swoją etykę na niezmiennych prawdach, odwiecznych prawdach.

Mówi jednocześnie jednak, że Jezus jest nie tylko Bogiem, On jest także i człowiekiem. Śmierć Łazarza wywarła na Nim tak wielkie wrażenie, że stanąwszy nad jego grobem zaczął płakać. Zachowuje się jak człowiek – wzrusza się i płacze. Współczując siostrom zmarłego i kochając samego Łazarza jak człowiek człowieka, Jezus idzie dalej i jako Bóg przywraca mu życie. Wskrzeszenie Łazarza jest niezbitym dowodem, że Chrystus i tylko On jeden jest Panem życia i śmierci. Jaka stąd dla nas wynika nauka?

2. Przede wszystkim ta, że między wskrzeszeniem Łazarza, a zmartwychwstaniem Chrystusa istnieje ścisły, nierozerwalny związek. W obu wypadkach Chrystus zwycięża śmierć, i to zwycięża ją w sposób nie mający żadnego precedensu. Wobec tego faktu niczym jest wskrzeszenie córki Jaira, przełożonego synagogi, o której sam Jezus powiedział, że dziewczynka nie umarła, tylko śpi, niczym są liczne uzdrowienia chorych, sparaliżowanych, trędowatych, nawet nie wiele znaczy przywrócenie do życia zmarłego młodzieńca z Naim, który umarł na pewno, gdyż go już odprowadzano na cmentarz. Fakt wskrzeszenia Łazarza, który już cztery dni leżał w grobie, był tak oczywisty, że wstrząsnął nawet zatwardziałymi sercami faryzeuszów. Oni, którzy na wszelkie możliwe sposoby pomniejszali wielkość i godność Jezusa, gdy się o tym fakcie dowiedzieli na tajnym posiedzeniu Wysokiej Rady, pełni wewnętrznego niepokoju zaczęli do siebie mówić: cóż my zrobimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków?... i tego dnia postanowili Go zabić (J 11,47.53).

Ale nawet samo zabicie i ukrzyżowanie Jezusa nie dało żadnego rozwiązania. Jeszcze bardziej wzmocniło wiarę w Jego Boską moc i zjednoczyło wokół Niego jego przyjaciół. Zmartwychwstały Chrystus stanął przed nimi nie tylko jako ten, który zwycięża śmierć, ale jako ten, który śmierć niszczy. Cud wskrzeszenia Łazarza udowodnił wszystkim, że gdy śmierć spotka się oko w oko z Bogiem, traci swoją moc. Można tu powołać się na słowa wielkiego Apostoła Narodów: Gdzie jest o śmierci twoje zwycięstwo, gdzie jest o śmierci twój oścień.

Cud wskrzeszenia Łazarza napełnia nas wszystkich, szczególnie wątpiących w Chrystusa, nadzieją ostatecznego naszego zwycięstwa. Dla wierzącego człowieka śmierć nie jest żadną przegraną, nie jest klęską, która zamyka i kończy wszystko, śmierć jest zwycięstwem, które otwiera przed nami perspektywę nowego Bożego życia. Śmierć jest małym lotniskiem, z którego odbijamy się i szybujemy ku wieczności. O tym zapewnia nas dziś swoją postawą sam Chrystus i my nie mamy powodu wątpić w Jego zapewnienie.

3. Ale wskrzeszenie Łazarza oprócz dosłownego, ma jeszcze symboliczne znaczenie. Św. Jan Ewangelista analizując poszczególne etapy tego wydarzenia; chorobę, śmierć, pogrzeb i rozkład ciała Łazarza, pragnie nam ukazać, jak analogicznie w człowieku rozwija się, dochodzi do punktu kulminacyjnego prowadzi nawet do całkowitego zaniku Bożego życia, duchowa śmierć człowieka. Tak jak umiera ciało człowieka, tak też umiera dusza ludzka. Umiera wtedy, jeśli zarazimy ją bakcylem grzechu. Brońmy się zatem przed duchową śmiercią!

Pierwszym i zasadniczym warunkiem uniknięcia tej śmierci jest uświadomienie sobie, że jesteśmy grzeszni, i że jest nam bardzo potrzebne nawrócenie. Właściwie już samo nawrócenie jest przejściem ze śmierci do życia. Ożywmy w sobie świadomość, że nikt z nas nie jest tak święty, żeby nie potrzebował nawrócenia, i nikt nie jest tak grzeszny, żeby tej łaski nawrócenia nie mógł otrzymać.

Dziś Bóg w osobie Jezusa Chrystusa ukazuje się nam jako miłosierny i kochający nas ojciec. On niczego tak nie pragnie, jak tego, byśmy z grzeszników stali na nowo dziećmi Bożymi. Jak kochał kiedyś po ludzku Łazarza, tak też i dziś kocha nas. Gotów jest każdej chwili wskrzeszać nas ze śmierci grzechu do życia łaski. Tylko Mu zaufajmy!

Drugim warunkiem wyrwania się ze śmierci grzechu jest praktykowanie uczynków pokutnych. Codzienne życie dostarcza nam ku temu wiele okazji. Jakże aktualne tu są słowa św. Piotra, wypowiedziane przez niego po Zesłaniu Ducha Świętego w drugiej jego mowie: Pokutujcie i nawróćcie się, aby grzechy wasze byty zgładzone (Dz 3,19). Czyńcie, zatem godne owoce pokuty. Pokuta mobilizuje nasze wnętrze, ubogaca nasz charakter, a przede wszystkim upodabnia nas do pokutującego Chrystusa. Ukochajmy pokutę, a będziemy żyć!

4. Zakończenie. Moi Drodzy! Uczestnicząc dziś we Mszy św. pomyślmy o tym, że jesteśmy tu tak, jak kiedyś Chrystus był w Betami w domu Łazarza, Marii i Marty. Bywał tam przed i po śmierci Łazarza, ale zawsze w tym celu, aby nieść im radość, nadzieję i pokój. Dziś w tym celu jest też z nami obecny.

Wdzięczni tu za tę Jego obecność, przyrzeknijmy mu, że wierni Jego wskazała, uczynimy je nie tylko zasadą, ale i programem naszego postępowania. Amen

Do góry

***

4 niedz. Wielkan. r. A Ks. Andrzej Papież Mielec 2005r.

„Papież – następcą św. Piotra [konklawe]”

„...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je”.

Umiłowani w Chrystusie! Żyjemy w czasach, w których te słowa wyjęte z dzisiejszej Liturgii Słowa nabierają niezwykłego blasku i szczególnego znaczenia. Wszystkie programy telewizje, stacje radiowe, czasopisma i gazety, nawet niewiele warte brukowce kierują swój wzrok w stronę Rzymu. I znowu, tym razem na naszych oczach, spełniają się słowa starożytnego rzymskiego poety Wergiliusza, który oglądając potęgę ówczesnego Rzymu, tuż przed naszą erą napisał: „Rzymianinie, pamiętaj, że masz sprawować władzę nad narodami". Chociaż imperium rzymskie, które grabiło, burzyło i zdobywało, i w ten sposób panowało nad światem, już dawno legło pod gruzami, to jednak na gruzach tej potęgi wyrósł Rzym krzyża, Rzym papieży. Ten na pewno został powołany do panowania nad narodami, ale nie siłą oręża i wojska, ale siłą Bożej prawdy i miłości Chrystusowej.

My jako katolicy, co niedziela wyrażamy tę prawdę, gdy w Credo mówimy: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół". Bo nasza wiara i nauka naszego Kościoła nie jest wczorajsza i nie pochodzi od ludzi. Pan, Dobry Pasterz, przekazał ją apostołom, pierwszym nauczycielom Kościoła, a za ich pośrednictwem nam; dlatego nauka jest apostolska i Kościół apostolski. „Kościół pochodzi od apostołów – pisał Tertulian - apostołowie od Chrystusa, a Chrystus od Boga". Nieprzerwana sukcesja biskupów zgromadzonych wokół następcy św. Piotra, biskupa Rzymu, przekazuje naukę Chrystusową, wyjaśnia ewangeliczne orędzie każdemu pokoleniu i wszystkim czasom. W ten sposób głos Chrystusa rozbrzmiewa w każdym czasie i w każdym miejscu już od ponad 2-ch tysięcy lat. Jak znicz olimpijski przenosi się z olimpiady na olimpiadę, podobnie i Ewangelię, tę pochodnię wiary i miłości Bożej, przenosi się ze stulecia w stulecie, z pokolenia na pokolenie, od apostołów aż do naszych czasów.

„...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je”.

B i Ś! Dobrze wiemy, szczególnie poprzez ostatnie smutne wydarzenia, że Kościołem, który wszyscy tworzymy, w sposób widzialny kieruje Papież – Piotr naszych czasów. On kieruje nim nie z własnego mandatu i na podstawie swoich osobistych przemyśleń, ale w oparciu o władzę, jaką otrzymał od Chrystusa. Pospolicie nazywa się ta władza - władzą kluczy. Zapowiadając ją Piotrowi Chrystus powiedział: I tobie dam klucze Królestwa Niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Władza kluczy w tym kontekście oznacza władza zarządzania, czyli administrowania tym królestwem, które Chrystus tu na ziemi założył. Metafora wiązania i rozwiązywania jest symbolem pełnej władzy w Kościele, aż do skończenia świata. Piotr otrzymał, zatem od Chrystusa najwyższą władzę, a znaczy to, że cokolwiek Piotr i jego następcy postanowią i zarządzą w Kościele, będzie równocześnie przyjęte i uznane przez Chrystusa w niebie. A więc jeśli odpuszczą komuś grzechy, będą one odpuszczone także przez Chrystusa, jeśli je zatrzymają, zatrzyma je także Jezus. On, krótko mówiąc, aprobuje wszystko, co w Kościele jest podejmowane dla dobra i zbawienia ludzi.

„...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je”.

Warto powyższe słowa wyeksponować i prawdę o sukcesji apostolskiej w naszym Kościele przypomnieć dziś, gdy przeżywamy Niedzielę Dobrego Pasterza. Niedzielę tak wyjątkową, że mamy na dzisiejszy dzień specjalne słowo Bp-ów wchodzących w skład Stałej Rady Konferencji Episkopatu Polski, a także osobnym List pasterza naszej tarnowskiej diecezji, Bp-a Wiktora Skworca. Do słów tych 2-ch dokumentów, które można w całości znaleźć w Internecie w dalszej części mojego wystąpienia nawiążę.

Warto o sukcesji apostolskiej i prymacie Piotra dziś coś powiedzieć, gdyż „mimo upływającego czasu, nadal trwamy na dziękczynieniu przed Bogiem za dar minionego pontyfikatu”, gdyż „czujemy jak wciąż pulsuje w nas niedawne pożegnanie wielkiego Pasterza naszych czasów Jana Pawła II, i „nasz Rodak na Stolicy Piotrowej, przekroczywszy próg doczesnego życia trwa teraz w Domu Ojca – jak sam Karol Wojtyła napisze w jednym ze swoich wierszy - trwa „objęty tajemniczym pięknem wieczności” (por Wybrzeża pełne ciszy).

Warto o władzy w Kościele przypomnieć dziś, gdy „niebawem zbiorą się w Kaplicy Sykstyńskiej Kardynałowie, „wspólnota odpowiedzialna za dziedzictwo kluczy Królestwa” i rozpocznie się konklawe, czyli zebranie „pod kluczem” wspólnoty hierarchów, którym, jak zauważył Jan Paweł II w Tryptyku rzymskim, „powierzono troskę o dziedzictwo kluczy”, bo - napisze dalej nasz umiłowany Ojciec św.-: „Tak było w sierpniu, a potem w październiku pamiętnego roku dwóch konklawe, i tak będzie znów, gdy zajdzie potrzeba, po mojej śmierci”.

I w tym kontekście ośmielam się - za Bp-ami naszego Kościoła prosić Was, drodzy bracia i siostry – abyśmy, „dziękując Przedwiecznemu Bogu za dar Jana Pawła II, modli się o dobry wybór Jego następcy, nowego Biskupa Rzymu, dobrego Pasterza dusz nieśmiertelnych. Jako wspólnota Kościoła, czuwajmy więc na modlitwie, wołając do Ducha Świętego: „Ty, który wszystko przenikasz-wskaż!” Wołajmy z mocną wiarą, iż: „On wskaże” – jak pisał JP II w Tryptyku rzymskim. ( II, 4)

W tej intencji zatem, już od dziś aż do wyboru Głowy Kościoła, będziemy podczas każdej Mszy św. dzisiejszej i wieczornej śpiewać hymn do Ducha Świętego, Trzeba bowiem, „za przykładem pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej – jak pisał zmarły Papież - aby Kościół powszechny duchowo złączony z Maryją, Matką Jezusa trwał jednomyślnie na modlitwie. W ten sposób wybór nowego papieża będzie w pewnym sensie działaniem całego Kościoła, a nie dotyczącym jedynie kolegium elektorów” (por. Konstytucja Jana Pawła II o wyborze papieża). Módlmy się więc, by Duch Święty „oświecił umysły elektorów i zjednoczył ich w tym zadaniu, aby nastąpił szybki, jednomyślny i owocny wybór, czego wymaga zbawienie dusz i dobro całego Ludu Bożego” (por. jak wyżej).

„...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je”.

Z chwilą wyboru nowego Papieża w naszej parafii, jak w wielu innych, zabrzmią dzwony naszej świątyni. My natomiast jako Kościół – wspólnota wiernych – zbierzemy się o godz. 21-szej, by zaśpiewać dziękczynne „Te Deum” i modlić się na Apelu Jasnogórskim za nowego Papieża.

„Z nowo wybranym Następcą św. Piotra zachciejmy ochotnym sercem podjąć współpracę dla dobra Kościoła i świata; – wzywa nas Bp Wiktor, nasz Pasterz. „Starajmy się - pisze - kontynuować to bogactwo religijno-humanistycznego dziedzictwa, jakie nam zostawił Jan Paweł II, niestrudzony budowniczy Cywilizacji Miłości, Pielgrzym pokoju i Świadek nadziei dla wszystkich”.

„...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je”.

Drodzy Bracia i Siostry! „...Stanął Piotr z Jedenastoma i przemówił donośnym głosem..., - módlmy się , by to się powtórzyło zgodnie z zamysłem Bożym!

„... a owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je” – zechciejmy i my być pośród nich, by niczego nam nie brakło nawet na wieczność, by za pośrednictwem Kościoła i Papieża – Piotra naszych czasów, sam Pan był naszym Pasterzem. Amen

Do góry

***

 

 4 niedz. Wielkan. r. A - Odpust                                       Ks. A. Papież  Chrząstów 2008r.

„Dobry Pasterz - dawca wolności”

„Ja jestem dobrym pasterzem. Moje owce słuchają mego głosu. Staję na ich czele i wyprowadzam je, a owce postępują za mną. Przyszedłem bowiem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”.

U. w Ch. B i S. Czciciele i Czcicielki J. Ch-sa Dobrego Pasterza!

„…a owce postępują za mną” Studiując w Krakowie w 1994 roku wybrałem się pewnego wieczora do klubu studenckiego „Rotunda” na koncert słynnego krakowskiego artysty: Marka Grechuty. Tam, po raz pierwszy, spotkałem się z nagranym kilkanaście dni wcześniej jego kolejnym albumem zatytułowanym „Dziesięć ważnych słów”. Autor zamieszcza w nim dziesięć utworów, z których każdy porusza jeden z najważniejszych aspektów ludzkiego życia. Na tej płycie obok utworów takich jak: miłość, Ojczyzna, praca, pojawia się utwór zatytułowany  „wolność”.  To wolność, jako konieczna cecha naszego prawdziwego chrześcijańskiego życia, jest subtelnie ukazana w czytaniach dzisiejszej liturgii. I na tym zagadnieniu chciałbym  się zatrzymać w naszej refleksji.

Bo gdy dziś, w Waszą uroczystość odpustową, gromadzimy się w tej kaplicy, której patronuje tak piękne wezwanie, naszym oczom ukazuje się obraz owczarni i pasterza. Jakże bliski to obraz zarówno codziennemu życiu jak i literaturze i poezji. Zarówno w  Piśmie św.  jak i w literaturze świeckiej spotykamy wiele tekstów związanych z pasterstwem. Motyw pasterza, który bierze w opiekę ludzi i zapewnia im pomyślność, znany był na Starożytnym Wschodzie, gdzie sami niektórzy władcy nazywali się pasterzami. W podobny sposób rolę przywódców narodu wybranego widzą autorzy Biblii. Wzorowy władca w dziejach Izraela, jakim jest Dawid, wpierw był pasterzem, później zaś królem. Sam Bóg chcąc wyrazić własną troskę o swój lud posługuje się tą metaforą. Starożytna poezja, a później twórczość romantyczna zostawiła wiele sentymentalnych obrazów z tej dziedziny. Widzimy w nich młodego pasterza siedzącego w cieniu drzewa albo nad brzegiem rzeki i grającego na fujarce raz wesołe, a innym razem smutne melodie. Wokół zaś pasie się spokojnie trzoda owiec. Trzoda jest spokojna, bo dobry pasterz gotów był nawet oddać życie w obronie owieczki znajdującej się w niebezpieczeństwie. Chrystus uczynił to w stosunku do nas, ludzi. Oddał życie, aby „owce miały życie i miały je w obfitości”. I tak kult Chrystusa Dobrego Pasterza był bardzo żywy w pierwszych wiekach. Jego ślady znajdujemy w katakumbach i na cmentarzach rzymskich. Np. na cmentarzu Pretestata przy via Appia, kryjącym groby męczenników, znajduje się w jego podziemnej części obraz przedstawiający Dobrego Pasterza. Wyciąga on prawą rękę, w której trzyma długą rózgę, za pomocą której chce bronić przestraszone owieczki. Wydaje się wtedy mówić:

„Ja jestem dobrym pasterzem. Moje owce słuchają mego głosu. Staję na ich czele i wyprowadzam je, a owce postępują za mną. Przyszedłem bowiem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”.

Gratuluje Wam – B i S – tak pięknego i tak wymownego patrona tej kaplicy. Gratuluje wam tej dzisiejszej uroczystości. Cieszę się, że ta radosna prawda o Chrystusie zatroskanym o każdego z nas gromadzi was tu wokół ołtarza – oby w każdą niedzielę a może i częściej. Niech was mobilizuje, by słuchać Jezusa na co dzień, i by z radością i zaufaniem za Nim podążać, wszak św. Piotr w 2 czyt. przypomina, że „On zostawił wam wzór, abyście szli za Nim Jego śladami”,  a On sam w Ewangelii powie: „Moje owce… postępują za mną”. Chciejmy zatem wolności swojej sami za nim iść i Go naśladować, bo jak napisze słynny teolog XX wieku: Karl Rahner „Bóg  może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w Jego kierunku – ten musimy zrobić sami”. Niech co dzień każdy z nas, na wzór pierwszych chrześcijan z 1 czyt., pyta na modlitwie Chr-sa: „Cóż mamy czynić…?” i niech nie przestaje się oddawać w codziennej modlitwie pod Jego opiekę, by „wziąć w darze Ducha Świętego”. Starajmy się nie tyle bać Boga i kary piekła, a przez to czynić się niewolnikami zasad i wymogów moralnych, co starajmy się raczej poprzez radosny i wolny wybór Boga i Jego miłości korzystać z radością z Jego mądrości wyrażonej w Jego przykazaniach i nauce. Chrystus przecież nie związał nas ze sobą kodeksami prawnymi, czy paragrafami i nie jesteśmy Jego poddanymi czy niewolnikami - ale przyjaciółmi, braćmi i siostrami. Bo jak powie Benedykt XVI w dniu inauguracji swojego pontyfikatu: „Chrystus nie odbiera niczego, co należy do wolności człowieka, jego godności, co służy budowie sprawiedliwego społeczeństwa. (…) On niczego nie odbiera, a daje wszystko” (Homilia 24 IV 2005)  Będąc dziećmi bożymi nie czyńmy się niewolnikami Boga. Wszak św. Paweł napisze że: „ku wolności wyswobodził nas Chrystus”, a my nie tyle ze ślepego posłuszeństwa będziemy sądzeni, co z miłości. Miłujmy zatem. Wszak przykazanie miłości stoi ponad wszystkim. Niech miłość zatem będzie jedynym motorem naszych szlachetnych i religijnych działań. Owszem, przykazania boże, możliwość utraty nieba i wizja męki piekła niech nas mobilizują, ale tylko do nich się nie ograniczajmy. Bo Chrystus mówi dziś, że w stosunku do nas ludzi jest dobrym pasterzem, nie najemnikiem.

W Judei i innych krajach Wschodu, w których miarą bogactwa były stada bydła i owiec, pasterz nie podążał za owcami, kierując stadem za pomocą psów, jak to można zaobserwować współcześnie w Europie, lecz prowadził swe owce, idąc przed stadem. Obraz pasterza idącego przed swoim stadem do dziś pozostał symbolem opieki i łaski Bożej. /Poradnik homil „Vocatio”/

Pewien francuski filozof /Charles L. Montesąuieu/ napisał kiedyś: „Kto chce rządzić ludźmi, nie powinien ich gnać przed sobą, lecz sprawić, aby podążali za nim". Chrystus, dając obraz swej pasterskiej działalności, mówi, że On nie pędzi przed sobą owieczek, ale idzie przed nimi i wynajduje im dobre pastwiska, a one podążają za Nim ufne w Jego dobroć i opiekę. „Jezus jest gwiazdą polarną wolności człowieka: - powiedział Benedykt XVI w czasie audiencji dla uczestników plenarnej sesji Kongregacji Nauki Wiary - Jezus jest gwiazdą polarną wolności człowieka: bez Niego traci ona orientację, gdyż bez znajomości prawdy ulega wynaturzeniu, izoluje się i sprowadza do jałowej samowoli. Bo napisze św. Paweł w Liście do Koryntian: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść; wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie poddam się w niewolę”.

B. i S. Nie jesteśmy zatem bici kijami, szczuci psami i poganiani przez Boga, by iść do nieba, dlatego sami starajmy się z radością i zaufaniem podążać za naszym Mistrzem i Panem pamiętając, że „Bóg jest Miłością” i w swoim Synu obdarza nas wolnością dzieci bożych.

 Byśmy nie byli podobni do trochę jeszcze naiwnych, buńczucznych i zagubionych gimnazjalistów, których kiedyś w jednej z parafii uczyłem. Przyszli oni na adorację Najśw. Sakr. przy Grobie Pańskim w Wielką Sobotę – przyszli, bo mieli wyznaczone  czuwanie - i rozsiedli się po rogach i zakamarkach świątyni zostawiając Pana Jezusa gdzieś daleko z przodu. A On był przed nimi. Zdawało się, że mówi: Chodźcie do mnie, wyjdźcie z ukryć, zakamarków, nie tylko tego miejsca, ale i własnych słabości, niemożności, potknięć. Podejdźcie bliżej, spójrzcie mi w oczy, bądźcie ze mną, nie z czyjegoś przymusu, ale z  wewnętrznej potrzeby i miłości jaka w was tkwi. Nie czujcie się zagubieni, odtrąceni, niepotrzebni, niekochani, brzydcy, kalecy, bom ja Dobry Pasterz, w wy jesteście moimi owcami, których szukam, kocham i które poprowadzę. Zaufajcie mi.   Bo Chrystus – nasz Pan zaprasza, wzywa, ostrzega, ale nie zmusza. Szanuje naszą wolność i proponuje nam, jak ongiś bogatemu młodzieńcowi w Ewangelii : "Jeśli chcesz...." Wszak godność człowieka zasadza się na jego rozumności i wolności. Świadomi własnej wolności w dzień Pięćdziesiątnicy Żydzi pytają Piotra: „Cóż mamy czynić?” Zatem w swojej rozumności i wolności i ja mogę wybrać inna drogę - ale czy warto...? „Czy można odrzucić Chrystusa…pytał kiedyś w Skoczowie nasz Papież. Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? Oczywiście, że można. Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Może powiedzieć Chrystusowi: nie. Ale - pytanie zasadnicze: czy wolno? I: w imię czego »wolno«? Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć «nie» temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło”.

A Chrystus mówi dziś:

„Ja jestem dobrym pasterzem. Moje owce słuchają mego głosu. Staję na ich czele i wyprowadzam je, a owce postępują za mną. Przyszedłem bowiem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości”

„…by miały życie i miały je w obfitości” Bo człowiek w swojej wolności może zdeptać wewnętrzne dobro, nawet miłość Bożą mu podarowaną. Może zdeptać na skutek złych decyzji, inicjatyw, działań. Ale może je uleczyć, może stwo­rzyć na nowo. Nie własnymi siłami, ale dzięki Chrystusowi, Dobremu Pasterzowi. Jest to Pasterz o delikatnych rękach i subtelnym sposobie postępowania... Chodzi między nami grzesznikami, jak pośród połamanych traw, i uważa, żeby nadłamanych nie zniszczyć... chodzi pośród nas, jak wśród gasnących iskier, jak pośród ostatnich, konających blasków świętości i uważa bardzo, by najmniejszej iskierki nie zgasić. Potrafi milczeć, kiedy słowo może zaszkodzić. Potrafi patrzeć i dać łaskę, by pomóc nam właściwie wykorzystać naszą wolność i dobrze nią zagospodarować, gdyż wspominany krakowski artysta śpiewa:

"...Bo wolność - to nie cel lecz szansa by

Spełnić najpiękniejsze sny, marzenia

Wolność - to ta najjaśniejsza z gwiazd

Promyk słońca w gęsty las, nadzieja

 

Wolność to skrzypce z których dźwięku cud

Potrafi wyczarować mistrza trud

Lecz kiedy zagra na nich słaby gracz

To słychać będzie tylko pisk, zgrzyt, płacz

 

Bo wolność - to wśród mądrych ludzi żyć

Widzieć dobroć w oczach ich i szczęście

Wolność - to wśród życia gór i chmur

Poprzez każdy bór i mur znać przejście

 

 

…Wolność to także i odporność serc

By na złą drogę nie próbować zejść

Bo są i tacy, którzy w wolności cud

Potrafią wmieszać swoich sprawek brud

 

A wolność to królestwo dobrych słów

Mądrych myśli pięknych snów

To wiara w ludzi

Wolność ją wymyślił dla nas Bóg

Aby człowiek wreszcie mógł

W niebie się zbudzić”

 

Oby nasz Pan i Mistrz pomógł nam radośnie, świadomie i mądrze korzystać na co dzień z daru wolności, by mieliśmy życie i mieli je w obfitości”. Amen.

Do góry

 

***

5 niedz. Wielk. r. A                         Nie wierzę – dlaczego?                           22.05.2011  r

 „Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz... Rzekł do Niego Filip: Panie, pokaż nam Ojca... Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś?

   UwChBiS! Musicie przyznać, że dziwne są te sformułowania kierowane przez uczniów do Chrystusa. Tomasz pyta o drogę do nieba; Filip domaga się pokazania Ojca. Ale nie dziwmy się: Apostołowie z dzisiejszej Ewangelii, to przedstawiciele nas, zwykłych ludzi, którzy mamy wiele podobnych niejasności. Czasem formujemy je w przeróżne pytania do Boga: „A dlaczego tak źle się dzieje wokoło? Skąd tyle nieszczęścia, bólu i łez, i cierpienia? Skąd tylu niedobrych ludzi pośród nas?” I to ostateczne, ponoć najważniejsze pytanie – „czy Bóg naprawdę istnieje?” Brak odpowiedzi czy odpowiedź niezadowalająca powoduje nasze zwątpienie, odejście od Boga, od wiary, od Kościoła. To właśnie wtedy rodzi się pytanie: Czy wokół mnie są tylko ludzie wierzący? Ks. Tomasz Horak słynny kaznodzieja i publicysty odpowiada: Nie tylko. Obserwuję także niewierzących. Ich życie na pozór jest takie same: pracują, zarabiają, wychowują dzieci, dbają o swe domy, kupują samochody, jeżdżą na urlopy... Ale tylko na pozór. Często postępują niepewnie. Nierzadko mają jakiegoś „duchowego kaca”. Zbyt łatwo godzą się ze swymi złymi czynami. Dziwnie zachowują się na pogrzebach i na cmentarzu. Ks. Jan Twardowski napisze:

Można mieć wszystko żeby odejść

czas młodość wiarę własne siły

świętej pamięci dom rodzinny

skrzynkę dla szpaków i sikorek

miłość wiadomość nieomylną

że nawet Pan Bóg niepotrzebny

 potem już tylko sama ufność

trzeba nic nie mieć

żeby wrócić’’

    Bo kochani moi, jak się ma wiele to łatwo o Bogu zapomnieć, niestety. „Wam zatem, którzy wierzycie, cześć! Dla tych zaś, co nie wierzą, właśnie ten kamień, który odrzucili budowniczowie, stał się głowicą węgła - i kamieniem upadku, i skałą zgorszenia. Ci, nieposłuszni słowu, upadają..” – jak ostrzega nas św. Piotr w 2 czyt. „Wam zatem, którzy wierzycie, cześć! Bo życie - jak śpiewamy „to nie jest bajka”. Droga przez życie zawsze jest drogą w ciemnościach: przeżywamy chwile zwątpienia; gubimy z oczu sens życia; dramatycznie przeżywamy starość; lękamy się śmierci – swojej śmierci i odejścia bliskich. I znowu pytanie księdza, który publikuje felietony w Gościu Niedzielnym: Czy wiara zmienia tu cokolwiek? Odpowiedź wzięta z życia brzmi: tak. Inaczej w dramatycznych chwilach życia zachowują się wierzący, inaczej niewierzący. Wiara – to rzeczywistość ogromnie ważna. W dzisiejszych czytaniach to słowo występuje aż 10 razy. Zatem: Jak zyskać siłę wiary? Jak wiary nie utracić? Czy w ogóle cokolwiek zależy od nas? Bo przecież wiara jest łaską, darem Bożym. To prawda, wiara jest darem. Ale każdy ten dar od Boga otrzymuje. To coś tak, jak np. z umiejętnością liczenia. Każdy człowiek to potrafi. Małe dziecko, gdy położyć przed nim dwie kupki cukierków: trzy i pięć, sięgnie po tę większą. Ono „policzyło” – na prymitywnym co prawda poziomie, ale ma zdolność liczenia. Wiadomo, trzeba tę zdolność rozwijać i doskonalić. Podobnie jest z wiarą. Jej zaczątek otrzymuje każdy. Jesteśmy przekonani, że w sakramencie chrztu otrzymujemy szczególną zdolność rozpoznania Jezusa – wiarę polegającą na związaniu się z Nim, Zmartwychwstałym Zbawicielem.

Skąd więc brak wiary? Najczęściej, gdy człowiek dorastając, dojrzewając, ucząc się, nie pogłębia znajomości wiary, jej treści. Innymi słowy: wiara dziecka nie może wystarczyć dorosłemu. I to jest najczęstszy powód jej obumarcia. Jak i gdzie poznawać treści wiary? Jak ćwiczyć się w wierze? Powszechna i podstawowa droga to nauka religii w dzieciństwie i młodości. Także  – i to niezależnie od wieku – niedzielna liturgia, która karmi wiarę słowem i modlitwą. „Powszechne i podstawowe” nie znaczy wystarczające w pełni. Dlatego potrzebne są religijne czasopisma, książki, lektura Pisma św., religijne audycje w radiu i TV, spotkania biblijne, rekolekcje parafialne, rekolekcje w przeróżnych ośrodkach religijnych. Dostępność tego jest dziś nieograniczona.

       UwChBiS! Jako dzieci Kościoła jesteśmy wezwani do pójścia za Mistrzem prowadzącym nas do Ojca. Św. Piotr w swym l Liście poucza nas, że w drodze tej mamy być żywymi kamieniami świątyni, „by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu. Jesteśmy "wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem Bogu na własność przeznaczonym", byśmy ogłaszali dzieła potęgi Tego, który nas we zwał "z ciemności do przedziwnego swojego światła”. To wielce trudne i odpowiedzialne działo, w nim jednak nie jesteśmy sami. Jest z nami Chrystus zasiadający po prawicy Ojca, który dodając nam otuchy choćby tymi dzisiejszymi słowami: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca" . wiem, to nieraz takie trudne oprzeć się na wierze, na zaufaniu słowom Chrystusa, bo my chcielibyśmy wszystko zmierzyć, zbadać, dotknąć. A tu tymczasem nie na tym polega wiara. Ona, nasza wiara, opiera się na modlitwie i Bożym Słowie! Ale, czy ja jeszcze wierzę w siłę modlitwy i prawdę Ewangelii? Kościół żyje przez wieki, dlatego, że wciąż są w nim ludzie, dla których wiara, Słowo Boga, modlitwa i wszystko, co Boże, jest najważniejsze! Życzmy sobie, byśmy do takich ludzi należeli… Do nich z pewnością należał słynny poeta ks. Jan Twardowski. W wierszu zatytułowanym Zaufałem drodze pisał On:

Zaufałem drodze

wąskiej

takiej na łeb na szyję

z dziurami po kolana

takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki

i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka

- nareszcie - powiedziała

- martwiłam się już

że poszedłeś inaczej

prościej

po asfalcie

autostradą do nieba - z nagrodą od ministra

i że cię diabli wzięli

Podejmijmy zatem z wiarą i ufnością wezwanie Chrystusa i pójdźmy Jego drogą, byśmy odkryli prawdę i osiągnęli życie, także to w niebie, razem ze św. Agnieszka, JPII i tyloma innymi świętymi. Amen

Do góry

*** 

Kazanie – 6 wielkanocna – rok A – 2011 Okocim     ks. Rafał Główczyk

            Drodzy w Chrystusie naszym Panu, Bracia i Siostry.
            Zaledwie 7 dni temu, nasz Pan, nasz Bóg i Zbawiciel próbował z naszych serc wyrzucić lęk, obawę, niepewność.  
            Chyba jedne z najpiękniejszych Jego słów jakie wypowiedział: niech się nie trwoży serce wasze… wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie… - bo Ja, chociaż odchodzę do nieba, na pewno będę na Was czekał po tamtej stronie i na pewno kiedyś wrócę…          
            Niektórzy z nas będą tam wcześniej, inni muszą poczekać jeszcze chwilę… Ale ZAPRAWDĘ każdy z nas dozna tego spotkania… TWARZĄ W TWARZ…     
            Czyż nie są też pełnymi nadziei słowa, które dziś wypowiada? Będę prosił Ojca Mojego, by dał Wam Pocieszyciela. Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was… Bo to przecież chwila u Boga, nim ten świat przeminie. NIM NASTANIE TO SPOTKANIE TWARZĄ W TWARZ. Tylko jeszcze ta zachęta z Jego strony – Wy, którzy tu na ziemi zostajecie – nie przestawajcie za Mną tęsknić i Mnie coraz bardziej poznawać…      
            Na to spotkanie ciągle czekamy. Chyba każdy z nas, gdzieś tam w głębi serca – nosi taką myśl, takie pragnienie, TĘ NADZIEJĘ – na poprawę, na szczęście, NA TO POCIESZENIE Z RĄK SAMEGO BOGA.     
            To było w Kaukazie, pod Elbrusem, w wysokogórskim schronie na wysokości 4200 m. jak opowiada ks. Roman. Mieszkał z nami młody człowiek z synkiem, inżynier z Estonii, nazwaliśmy go Piotr Estończyk. Spędzał tam część urlopu i jak powiedział pewnego wieczoru – „szukał Boga”. Czytywał Ewangelię i zadawał nam nieraz pytania: czy naprawdę wierzycie w Chrystusa? Czy myślicie o Nim jak zasypiacie? Czy Go znacie? Któregoś dnia o zmierzchu, gdy cień wielkiej góry kładł się na bezkresny lodowiec  i niemal przygniatał nasz schron, powiedział: „Bez Niego życie było by katorgą…”.   
            My też, tak naprawdę, całe życie szukamy Boga – bo szukamy szczęścia. Szukamy Go tu na ziemi, by odnaleźć Go tak naprawdę po tamtej stronie.   
            Gdzieś w mrokach tysięcznego roku przed Chrystusem król Dawid, czyli „Umiłowany Boga”, modlił się na Pustyni Judzkiej, do Tego, którego miłował: 
Boże, Ty mój Boże, Ciebie szukam;    
Ciebie pragnie moja dusza    
Za Tobą tęskni moje ciało,     
jak zeschła ziemia, spragniona, bez wody…

            Czyż ta modlitwa nie jest echem zapewnienia, które dziś wybrzmiało z ust Jezusa w Ewangelii? Nie zostawię Was sierotami… przyjdę do Was. Trzeba nam tylko tu na ziemi
o Nim nie zapominać – ciągle Go poszukiwać.
NAWET W TYM CO BOLI, nawet w naszej ludzkiej grzeszności
i powtarzających się upadkach, powtarzać jak Anna z powieści Leonida Szewczuka Gdybym była aniołem: Zbawicielu kocham Cię takim sercem, jakie mam, na inne mnie nie stać”.
            I tak jak kiedyś wołał św. Serafin z Sarowa trzeba i nam z serca powiedzieć: moją radością jest Chrystus zmartwychwstały… I jak ten stary, doświadczony żeglarz Pablo, którego zapytano, kto dla niego jest najważniejszy
w życiu, odpowiedział pisząc palcem na pisaku tylko jedno słowo: „Chrystus”.     
            Po za NIM NIE MA SZCZĘŚCIA. Kto Go poszukuje, zawsze znajdzie pocieszenie, nigdy nie będzie czuł się opuszczony – bo jak powiedział św. Paweł: Bóg pozwala się odnaleźć tym, którzy GO szukają… I kto Go miłuje – zawsze znajdzie pocieszenie i chęć życia, przetrwania tego co trudne.
 
           Lecz Drodzy Bracia i Siostry my dobrze wiemy, że w życiu codziennym ciężko tak wiernie iść za Nim i szukać Go nieustannie. Wielu powie: nie jestem w stanie ciągle i wciąż tak szukać i szukać.          Brakuje nam sił; przychodzi rezygnacja; pojawiają się pytania: dlaczego? Jak długo? Ile jeszcze? Kiedy w końcu przyjdzie to pocieszenie…  
            Pewnie też wielu z nas – pięknych, ale tak słabych Bożych Dzieci – nie zawsze potrafi odpowiedzieć miłością na Jego miłość. PAMIĘTAJMY MOI DRODZY – JEGO MIŁOŚĆ ZAWSZE JEST ZA DARMO, MIMO WSZYSTKO I BEZ KOŃCA. Chociaż byśmy my nie umieli wystarczająco kochać – On nigdy nie przestanie.       
            Moi Drodzy bo ile bólu? Ile udręk? Ile nie – pocieszenia kryją nasze domy? Jak nie raz wielki brak miłości. Ile łez wylewają Wasze serca – rozdarte, choćby rozczarowaniem – BO NIE TAK WYOBRAŻAŁEM sobie życie. Ile w nas pustki? Nie mówienia o tym, że ŹLE NAM JEST CZASEM. Że tracimy sens, wiarę, ochotę, by walczyć. Ile razy w naszym życiu mielibyśmy ochotę zawołać: Boże gdzie jesteś?... bo znów rodzin, bądź dziecko wrócili do domu pijani i awanturują się – czyniąc cztery ściany domu miejscem piekła… Bo znów dzieci mają gdzieś to co mówią rodzice – mądrzejsi życiowym doświadczeniem… nie chcą słuchać, na własne życzenie komplikują sobie życie… Bo może znów brakuje grosza, by godnie przeżyć kolejny miesiąc, a przecież zdrowie już nie to… Bo może znów cztery ściany domu stają się miejscem, które zamiast przyciągać odstrasza… i można by tak dalej wymieniać te krzyże, te rozczarowania, TEN BÓL…  
            Wszyscy cierpimy z takiego czy innego powodu… Wielu doskonale ukrywa to cierpienie. I nikt nie powie, że w cierpieniu łatwo się szuka…  
            Ale moi Drodzy – to wszystko będzie trwało do czasu… Ileż razy słyszę słowa: gdyby nie modlitwa, gdyby nie wiara – już dawno bym się poddał. Gdyby nie pewność, że kiedyś Bóg mi to wynagrodzi już dawno przestałabym walczyć; gdyby nie wiara w Bożą sprawiedliwość i miłosierdzie – już dawno przyszła by rezygnacja. Ciężko jest, ale wierzę w lepsze jutro.
            I moi kochani! Taka postawa to też jest szukanie Boga. To dowód wiary i miłości do Niego.         
            Czy myślisz, że towarzysząc Jezusowi sam będziesz dźwigał swój krzyż? Będziecie go dźwigać razem! On ma większą wprawę niż Ty, i więcej siły. Licz na Niego, czyli miej ufność większą niż twój krzyż – pisał w jednym z listów do chłopaka chorego na białaczkę Romano Cornuto.
            To prawda, że w mroku ciężko odnaleźć cel – ale przecież każdy mrok kiedyś się kończy – wcześniej czy później musi nadejść światło poranka – RADOŚĆ KTÓRĄ JEST BÓG.

 

Do góry

***